Top

Długo się zastanawiałam, czy jest sens tworzyć ten wpis. W dobie szalejącego koronawirusowa, który w pewnym momencie poskutkował izolacją i zamknięciem w domu, obserwowanie pogody siłą rzeczy zeszło na dalszy, momentami wręcz odległy plan.

 

Pomyślałam jednak, że może tym razem moje miesięczne pogodowe podsumowanie wykorzystam bardziej jako podsumowanie miesiąca i napiszę trochę o tym jak to u nas wyglądało. Z perspektywy rodziny żyjącej w Stanach, która akurat gościła osoby z Polski. Ale przy okazji parę słów o pogodzie też padnie. Zapraszam.

 

Zacznę od ważnego pytania…

Dlaczego w tak krytycznym czasie mieliśmy u siebie gości?

Ja wiem, że już mało kto bagatelizuje sprawę i wszyscy są bardzo mądrzy. I tak, to prawda, Moi Rodzice wsiadali do samolotu w momencie, gdy w Chinach już naprawdę źle się działo. To prawda, że parę dni wcześniej, 22 lutego, wykryto pierwsze włoskie ogniska koronawirusa. Mimo to nadal nie rozumieliśmy, co to tak naprawdę oznacza. Nadal dominowały opinie, że to nowa choroba sezonowa, rodzaj grypy i nie ma co panikować.

 

Podróż Moich Rodziców i cały pobyt w Stanach zaplanowaliśmy ponad 7 miesięcy wcześniej. Ale gdyby ktokolwiek z nas, my tutaj w Stanach, Moi Rodzice w Polsce, Moja Siostra w Polsce, gdybyśmy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji oraz z zagrożeń – z pewnością tę podróż byśmy odwołali. Z bólem serca, bo Rodziców widziałam ostatnio w grudniu 2018 roku, ale nikt z nas by nie pozwolił wsiąść Rodzicom do samolotu.

 

Jednak 28 lutego Rodzice wsiedli do samolotu i LOTem dotarli do Stanów Zjednoczonych. Przylecieli do Miami. Zostaliśmy tam na jeden dzień i zwiedzaliśmy Miami. Później byliśmy na wielu wycieczkach w Atlancie i naszej okolicy. Mało tego – 7 marca byliśmy w Nowym Jorku! Ja wiem, jak to teraz brzmi, ale naprawdę tutaj w Stanach nadal temat wirusa był marginalizowany, a wręcz wyśmiewany. W Nowym Jorku wszystko normalnie działało. Jedliśmy hot dogi z budki na ulicy, byliśmy w restauracji pełnej ludzi w Little Italy i wszystkich innych zatłoczonych miejscach: prom na Liberty Island, WTC, Rockefeller Center czy Times Square. 10 marca byłam z Tatą w Graceland. Gdy 2 dni później (pewnie na skutek oglądania polskiej tv) powiedziałam koleżankom, że może lepiej jak nie przyjdę na jogę, bo ostatnio sporo podróżowałam i byłam w różnych miejscach, zostałam wyśmiana za przewrażliwienie.

 

Wiem, że dzisiaj wydaje się to niedorzeczne, a wielu ludzi pozjadało wszystkie rozumy, ale niesprawiedliwe jest wieszanie psów, na ludziach, którzy w styczniu czy lutym wyjeżdżali poza Polskę – do pracy, na urlop, czy tak jak Moi Rodzice, odwiedzić rodzinę. Jestem pewna, że duża część tych osób miała podróże zaplanowane z dużym wyprzedzeniem i zapewne większość z nich posiadała bilety powrotne do kraju. 12 marca Stany Zjednoczone ogłosiły wstrzymanie ruchu z Europą. 15 marca Polska zamknęła granice. Te decyzje zastały Moich Rodziców tutaj w Stanach. Bilety powrotne mieli na lot w dniu 20 marca z Miami. Wtedy byliśmy pewni, że Rodzice zostaną z nami na miesiąc albo dłużej. Byliśmy na to gotowi, Rodzice trochę mniej, ale jak mus to mus.

 

Ubezpieczenie zdrowotne i opieka medyczna w miejscu pobytu

Moi Rodzice mieli na czas pobytu w Stanach Zjednoczonych wykupione ubezpieczenie. Teoretycznie obejmuje ono koszty leczenia w miejscu pobytu, w praktyce, w takim kraju jak USA (ale tak samo było w Szwajcarii) oznacza to, że sam opłacasz usługę, a po powrocie do kraju ubiegasz się o zwrot poniesionych kosztów. W USA nie ma czegoś takiego jak bezpłatne leczenie. Tutaj naprawdę w pierwszej kolejności pytają o posiadany rodzaj ubezpieczenia. To jest też jeden z powodów dla którego tutaj w Stanach jest najwięcej zachorowań oraz ofiar śmiertelnych. Pomijając fakt, że w USA mieszka 330 milionów ludzi, ubezpieczenie zdrowotne jest tak drogie, że nie wszyscy je posiadają. Takie osoby, nie chodzą do lekarza. Leczą się aspiryną i paracetamolem, który mogą kupić wszędzie, nawet nie muszą iść do apteki. Nawet posiadając ubezpieczenie i tak za każdą wizytę czy badanie trzeba zapłacić. Ceny usług są wysokie, bardzo wysokie lub horrendalnie wysokie. Dla przykładu – poszliśmy do lekarza z prośbą o wypisanie recepty dla Mamy, ponieważ kończyły Jej się leki, a pobyt miał się wydłużyć. Koszt wypisania recepty to 150$.

 

Moi Rodzice zawsze przed podróżą wykupują odpowiednie ubezpieczenie, ale wbrew pozorom nie są w większości. Szczególnie młodzi ludzie, którzy często podróżują budżetowo, nie zawracają sobie głowy czymś takim. Do tego dochodzi zróżnicowany poziom usług medycznych w różnych miejscach na świecie. Prawdę mówiąc, nawet ja tu w Stanach nie mogłam mieć pewności, że w razie najgorszego Moi Rodzice będą mieli zapewnione najlepsze warunki leczenia. A co mieli myśleć ludzie, którzy utknęli w mniej cywilizowanych zakątkach świata? Pomijam fakt, że gdy w grę wchodzi epidemia, już nie jakość a sam dostęp i możliwość leczenia stają się problemem.

 

Jestem zbulwersowana komentarzami jakie widywałam w Internecie pod artykułami opowiadającymi o specjalnych lotach, które sprowadzały Polaków do kraju. Moi Rodzice korzystali z tej akcji. LOT nie dał nam wyboru. Bilety powrotne, które posiadali Rodzice, na lot z Miami do Warszawy zostały anulowane. W nocy dostaliśmy telefon z propozycją nie do odrzucenia, że Rodzice mają wsiąść do samolotu wylatującego z Chicago 19 lub 21 marca, w ramach akcji LOTu i polskiego rządu. My i tak mieliśmy szczęście, bo oryginalne bilety kupiliśmy od LOTu, więc niejako automatycznie Rodzice trafili na listę osób objętych lotem do domu. Ale osoby, które posiadały bilety powrotne w innych międzynarodowych liniach, musiały za możliwość powrotu do kraju zapłacić drugi raz.

 

Pomijam, że nikogo nie interesowały różnice wynikające np. ze zmiany lotnisk. Moi Rodzice oryginalnie mieli wylatywać z Miami. Wylatywali z Chicago. Te lotniska dzieli dystans ponad 2200 km! W różnych miejscach na świecie te różnice bywały znaczące, a możliwości przemieszczania i warunki też bardzo różne. Wynajęcie samochodu, bilet autobusowy czy samolotowy, to nie tylko dodatkowy koszt. W niektórym miejscach na świecie to była nie tylko kwestia pieniędzy, lecz także dodatkowa ilość dni w podróży. A każde dodatkowe godziny gdzieś na zewnątrz, to wystawianie się na potencjalne zarażeniem wirusem.

 

Po co wracali?

Nie uwierzę, że większość powracających osób, znalazła się w tej sytuacji z powodu „własnej głupoty”. Spowodowało ją zamknięcie granic i moim zdaniem zbyt późne uświadamianie ludziom, na czym polega prawdziwe zagrożenie. Bo nie chodziło o to czy wirus sam w sobie jest groźny, że są straszniejsze choroby o większej śmiertelności. Chodziło o to, aby od początku nam uświadamiać, że wirus jest nieprawdopodobnie zaraźliwy, a żaden kraj na świecie, żaden system zdrowotny, nie podoła masowym zachorowaniom w jednym momencie.

 

Każdy, nawet najlepszy szpital, w najbogatszym kraju, ma określoną i skończoną liczbę łóżek, leków, sprzętu, sal, a przede wszystkim lekarzy i pielęgniarek, którzy będąc ludźmi też będą chorowali. Bardzo długo najważniejsi ludzie, na wysokich stanowiskach, uspokajali nas słowami – to jest jak grypa, każdy przecież kiedyś chorował lub zachoruje na grypę. Nie ma powodów do paniki. Cóż, ja już bym wolała panikę, bo strach by spowodował, że szybciej byśmy zrozumieli w czym jest największe zagrożenie. Nie w samym wirusie, tylko w nas ludziach, naszej niewiedzy, ignorancji i złym pojmowaniu prawa do wolności.

 

Osobiście byłam zbulwersowana akcją „lot do domu”. Dla mnie było oczywiste, że zamknięcie granic oznacza brak możliwości powrotu do Polski. Wiem, może łatwo mi mówić, bo ja byłam u siebie, a Moi Rodzice z nami, a nie gdzieś samotni lub w mało cywilizowanym zakątku świata. Jednak uważam, że na tym polega odpowiedzialność. Złe rzeczy się dzieją. Zastają nas w różnych okolicznościach i miejscach, ale gdy pada komenda „zostań tam, gdzie jesteś”, to tam zostajesz. Bo to się nazywa odpowiedzialność.

 

Nie wyobrażam sobie jaki strach i ból bym czuła, gdyby coś takiego spotkało mnie i to ja bym była samotna w nieznanym miejscu. Lub gdyby to spotkało Mojego Męża lub Synów lub kogokolwiek z rodziny. Dlatego absolutnie rozumiem każdą osobę, która skorzystała z możliwości powrotu do domu. Gdyby granice zamknięto i faktycznie żaden ruch by się nie odbywał, wtedy nie byłoby miejsca na bohaterstwo lub jak kto woli głupotę. Gdyby faktycznie samoloty nie latały, to zwyczajnie nie byłoby wyjścia. Ale rząd wysyłał samoloty i równie dużo gadania by było, gdyby one wracały do Polski puste, jak wtedy gdy przywoziły setki Polaków.

 

Każdy z nas w chwilach zagrożenia i strachu woli być w znajomym miejscu, w znajomych okolicznościach, a najlepiej ten strach i obawy z kimś dzielić. Dwa tygodnie obowiązkowej kwarantanny, którą musieli przejść Rodzice, były dla mnie niesamowicie stresującym czasem. Moja Mama z powodu chorób, a oboje z powodu wieku są w grupie podwyższonego ryzyka. Nawet nie chcę sobie przypominać, co czułam wśród tłumu na lotnisku w Atlancie, na lotnisku w Chicago, wiedząc, że przed Rodzicami wielogodzinny lot oraz kolejne tłumy i zawiłe procedury na lotnisku w Warszawie. Czy dziwię się, że Rodzice chcieli wracać do siebie, do swojego domu? Nie. Ale byłam zła na akcję polskiego rządu, bo jawiła mi się jako oczywiste zagrożenie i pewna wylęgarnia wirusa. Mimo wszystko nie zgadzam się na obrażanie ludzi, który do Polski wrócili. Każdy z nas by to zrobił, bo bojąc się o swoje zdrowie i życie, chcemy przynajmniej być w znajomym miejscu. Wszystko jedno czy to oznacza bliskich czy tylko sąsiadkę lub lekarza, który będzie do nas mówił w ojczystym języku.

 

Przeraża mnie fakt, że nawet teraz ludzie wylewają na siebie nawzajem tyle jadu. I wszyscy są mądrzy… teraz.

 

Tyle w poważniejszym tonie. Dla złagodzenia emocji, ale nadal na temat koronawirusa. Poniżej zdjęcia skrzynki pocztowej w mojej okolicy. Właściciele domu zawsze stroją ją na różne okazje, tym razem również to zrobili, ale jak!

 

USA stan Georgia jak reagują ludzie na koronawirus w Stanach Zjednoczonych

 

 

 

Marzec w Peachtree City

 

 

Tak wyglądało nasze osiedle ostatniego dnia marca 2020. Zieleń świeżych liści i kiełkującej trawy zaczęła dominować w krajobrazie. Po kwitnącej wiośnie nie ma już prawie śladu.

 

 

 

Przyroda

W marcu mieliśmy tu boom kwitnących drzew, ale niewiele z tego udało mi się zobaczyć. Wszystko się zaczęło akurat wtedy, gdy przestałam wychodzić z domu. A gdy raz na tydzień jechałam do sklepu, to okazywało się, że kolejne drzewa zdążyły przekwitnąć.

 

Tutaj kwitnienie zazwyczaj bardzo krótka trwa, bo zbyt szybko robi się za ciepło. Ale w tym roku to była mieszanka zimna, ciepła oraz ulewnych deszczy, które zmywały delikatne kwiatki z drzew. Tej wiosny nie nasyciłam oczu kwitnącymi drzewami, ale parę pięknych momentów udało mi się złapać.

 

 

Najbardziej brakowało mi widoku kwitnących judaszowców. W tym roku albo słabiej kwitły, ale zrobiły to akurat wtedy, gdy pogoda i przyroda najmniej zaprzątały moją uwagę. Gdy specjalnie pojechałam w miejsce, gdzie rośnie ich najwięcej, było już po kwitnieniu. Trudno. Poczekam na nie do kolejnej wiosny.🤷‍♀️

 

amerykańskie przedmieścia - zdjęcia typowego osiedla domów

tak wyglądało nasze osiedle pod koniec marca

 

 

Pogoda

 

 

 

Marzec 2020 był ładniejszy niż wskazywały na to prognozy. Pamiętam, że jak przyjechali Rodzice, to było okropnie zimno, padało, a w nocy były przymrozki. Przemarzły niektóre drzewa, które zakwitły w lutym. Później pogoda była bardzo mieszana. Były dni, kiedy w krótkim rękawku siedzieliśmy przed domem, ale były też takie noce, że w domu musiałam przestawiać klimatyzację z chłodzenia na ogrzewanie.

 

Marzec był idealnym zobrazowaniem polskiego przysłowia „w marcu jak w garncu”. Chociaż sporo padało i było pochmurnie, to nie brakowało momentów, kiedy pojawiało się słońce. Czasami na chwilę, czasami na cały dzień. Gdy pomyślę o marcowej pogodzie mam ogólnie miłe skojarzenia, poza początkiem miesiąca i poza faktem, że szczególnie w drugiej połowie miesiąca niewiele z tej pogody korzystaliśmy.

 

 

Prognozy

 

Piszę ten post w połowie kwietnia. Kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata. Mieliśmy już temperatury jak latem, ale było też bardzo zimno. Zaliczyliśmy też jedną okropną wichurę z ulewnym deszczem i piorunami. Ale ogólnie jest ładnie. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo z okien mamy widok głównie na sąsiednie domy i płot sąsiadów. A na zewnątrz wychodzę raz w tygodniu, tylko po to, aby zrobić zakupy.

 

 

Nie wiem jak dokładnie wygląda sytuacja w Polsce, bo przestaliśmy oglądać wiadomości. Tutaj uczniowie już nie wrócą do szkół. Nie wiem, czy to dotyczy całych Stanów Zjednoczonych, czy tylko naszego stanu, ale u nas do końca tego roku szkolnego będzie się odbywała tylko nauka online.

 

Wiem, że na 1 maja zaplanowane jest ponowne otwarcie punktów usługowych i mniejszych sklepów. Wtedy ma też przestać obowiązywać przepis, który nakazywał pozostanie w domach. Tak czy inaczej, w kwietniu jeszcze mniej niż w marcu skorzystam z zalet przebywania na świeżym powietrzu. Co zrobić, takie czasy, a my bardzo rygorystycznie przestrzegamy zalecenia, aby zostać w domu.

 

Mam nadzieję, że kolejny pogodowy post będę mogła napisać w bardziej optymistycznych okolicznościach. Bo chociaż wiem, że wirus nie zniknie, to mam nadzieję, że wszyscy będziemy mogli drobnymi kroczkami wracać do naszych zwykłych codzienności.❤️

 

PODOBNE WPISY:

Nowy Jork

PODRÓŻE