preloder
Top

Mieszkamy w Stanach Zjednoczonych przeszło 14 tygodni, czyli ponad 3 miesiące. Emocjonujący i ciężki kwartał za nami. Na tyle ciężki, że przyznaję, iż nie mam ochoty na podsumowania i rozpamiętywanie tego czasu. Zrobię to, ale jeszcze nie teraz. Tym bardziej, że było też parę jaśniejszych punktów tego okresu. Np. zdałam egzaminy na amerykańskie prawo jazdy. I to za pierwszym razem.

Ja sama ostatnio zamilkłam, ale Mój Mąż dosyć regularnie publikuje wpisy na swoim prywatnym koncie Facebookowym. Część z nich za chwilę tutaj przekopiuję. A po lekturze tych kilku wybranych tekstów, odpowiem na jedno jedyne pytanie, ale za to najczęściej zadawane od czasu naszego wyjazdu ze Szwajcarii…

 

American Dream.

Z Pamiętnika Imigranta.

Ponieważ od przenosin do Stanów, czyli dwóch tygodni z okładem, szczodry los obdarza nas wszelakimi przygodami, postanowiłem (zupełnie jak Napoleon z reklamy pewnej sieci supermarketów) je spisywać. Stąd „American Dream, czyli z Pamiętnika Imigranta”.

 

Rozdział #1
Bankowość elektroniczna

Założenie konta w banku amerykańskim przed przyjazdem do USA jest dziecinnie proste. Wystarczy wypełnić około 60-ciu formularzy online, podać nazwisko panieńskie prababki, pseudonimy osób, z którymi się zadawała za młodu, numer swojego kołnierzyka i skrytki pocztowej, przebyte choroby weneryczne oraz parę mniej ważnych szczegółów. Potem już tylko podpis wskazaną grupą krwi, próbka moczu do analizy i już można spokojnie bankować internetowo.

Najchętniej używanym instrumentem e-bankingu jest czek. Serio.

Ostatni raz widziałem coś takiego na żywo w Polsce mniej więcej późną wiosną 1991 roku. Doradca hotlajnowy napomknął, że najlepiej zamówić kilka czeków, zakupić koperty i znaczki pocztowe i w ten sposób regulować bieżące rachunki. A najlepiej udać się do placówki banku.

„A gdzie jest najbliższa w Peachtree City?” – „Sorry, ale nie mamy żadnego oddziału w stanie Georgia”. Serio. Miał być Wuj Sam, jest Wuj Dobra Rada, trudno. Uparłem się i wykonałem przelew bankowy pierwszego czynszu. Już czwarty dzień landlord pyta o pieniądze, nachalny jakiś. Po minie wnoszę, że wkrótce wyśle do mnie z tym samym pytaniem kilku smutnych Portorykańczyków…

link do oryginału

 

Rozdział #2
Tankowanie paliwa na stacji

W Europie odbywa się to mniej więcej tak: podjeżdżasz pod dystrybutor, wybierasz rodzaj paliwa, wlewasz pożądaną ilość do baku, idziesz do budynku stacji, płacisz i odjeżdżasz. Nudy, panie. W Stanach zadbano o urozmaicenie tego procesu: podjeżdżasz pod dystrybutor, odkręcasz korek od wlewu i… rozpoczyna się zabawa.

Dystrybutory mają duże ekrany, z których dowiadujesz się, jak wielkiego masz fuksa (żeby nie napisać farta) w życiu, że możesz zatankować właśnie na tej stacji, w tej sieci. Przycisków wokół ekranu jest jak nie przymierzając w kokpicie boeinga 747.

Pierwsze tankowanie wypadło na Shellu. Dość szybko doszedłem do wniosku (bystrzacha), że bez pomocy kogoś z obsługi nie dam rady, za dużo przycisków. Pani w koszulce z logo muszli w okolicach biustu objaśniła, że muszę od razu zadeklarować, ile galonów pragnę wlać, po czym zapłacić – no i wlać tyle, ile zamówiłem. Następnie przymrużyła oko, spojrzała na mnie, na samochód i zawyrokowała, że wejdzie siedemnaście. Weszło trzynaście, więc należało zawalczyć o zwrot różnicy na kartę.

Następne tankowanie wypadło na Chevronie. Pomny doświadczenia od razu poszedłem zadeklarować przedpłatę. Sympatyczny pan w starszym wieku odprowadził mnie z powrotem pod dystrybutor i na moje pytanie o procedurę odpowiedział „wlewasz, płacisz u mnie, odjeżdżasz” przy czym spojrzał na mnie tak jakoś ze współczuciem. Przez chwilę zawahałem się, czy nie wręczyć mu 20 baksów, żeby nikomu nie mówił o zdarzeniu.

Na BP ekran zażądał ode mnie karty BP, następnie jakiejkolwiek innej karty (miałem pokusę, by użyć karty pływackiej), a potem gwałtownie domagał się ZIP-codu. Nie wszedł ani ten z Zurychu, ani z Peachtree, ani z Łodzi, ani nawet ten z Sochaczewa, wpisany trochę dla beki.

Pani w okienku poradziła, żebym wcisnął paluchem opcję „Inside”, czyli do zapłaty u niej (wewnątrz budynku stacji, znaczy się). Gdy podszedłem do kasy, spytała o czek, ale gdy oko błysnęło mi krwią, wycofała pytanie.

Nie wiem dlaczego, ale gdy zbliża się czas tankowania, zaczynam mieć objawy biegunki w połączeniu z migreną, uderzeniami gorąca, a w paszczy tworzą mi się afty…

link do oryginału

 

Rozdział #8
Krew, pot i łzy, czyli kontener z fantami zajechał

Kilka dni przed przybyciem długo oczekiwanego kontenera, dostałem emaila od przewoźnika z prośbą o potwierdzenie adresu dostawy. Zgadzało się wszystko, no może prawie wszystko.

Błędny numer ulicy, niekompletna nazwa miasta oraz błędny skrót stanu – CA zamiast GA, czyli była szansa, że nasze ciuchy, meble i obrazek z aniołkiem uszczęśliwią kogoś w Kalifornii. O dziwo, nazwa kraju się zgadzała, choć przewoźnik mógł przecież wylosować np. United Arab Emirates.

W dzień dostawy udałem się rano do biura, ale po telefonie Żony postanowiłem natychmiast stawić się w domostwie – po głosie poznałem, że już jest zabawnie, a będzie jeszcze bardziej.

Spodziewaliśmy się Jacksons Five, przybyło Ich Troje, a konkretnie trzech, nie bardzo muszkieterów, każdy o innym usposobieniu. Najwyższy błyskał oczami, Najgrubszy unikał roboty jak ognia, Najstarszy był sympatyczny, powolny oraz zadawał dużo pytań.

Po mniej więcej godzinie w drzwiach pojawił się D’Artagnan – przedstawiając się jako koordynator poczynań wymienionej trójki. Z wyglądu oraz postury John Coffey z filmu „Zielona mila”, więc zdobyłem się w rozmowie na zupełnie niewymuszoną uprzejmość.

John miał na imię Larry i zostawił mi wizytówkę, prosząc o telefon, gdyby tylko pojawił się jakiś problem. Podziękowałem i ukradkiem otarłem łzę ze wzruszenia. Okazja do niepokojenia Larry’ego nadarzyła się wkrótce.

Najwyższy tak zaciął się w dłoń, że plamy krwi przed wejściem widoczne są jeszcze dziś. Nieszczęśnik odpiął ciągnik od kontenera i pojechał na pogotowie, zostawiając dwójkę kolegów z minami, które musiały cechować Dariusza Szpakowskiego po ostatnim dwumeczu CWKS z mistrzem Luksemburga.

Na moją delikatną sugestię, że czas zaprzestać kontemplacji, bo góra paczek czeka z utęsknieniem, usłyszałem od Najstarszego, że nie jest niczyim niewolnikiem, a poza tym nic jeszcze nie jadł. Drugi nie wyglądał na kogoś, kto nic nie jadł, ale widać było, że podziela zdanie kolegi. Atmosfera stężała.

Po zostawieniu trzech wiadomości na poczcie głosowej Larry’ego postanowiliśmy w czwórkę (chłopaki wrócili ze szkoły) wesprzeć duet muszkieterski w takim zakresie, który ograniczy ryzyko przeciągnięcia się rozładunku do pięciu dni.

Najwyższy pojawił się z opatrzoną dłonią ok. 22:30 i nawet niespecjalnie skrywał, że nieobecność miała wymiar taktyczny – w końcu „najlepszy pijanista to ten, któren w ogóle nie zagra”.

Następnego dnia rano zadzwonił Larry z pytaniem, czy wszystko w porządku. Z pewnością będą kiedyś dostępne technologie, dzięki którym można będzie potraktować kogoś paralizatorem przez telefon. Póki co poprzestałem na prośbie, żeby Larry więcej nie dzwonił, gdyż powoduje to u mnie wzrost złego cholesterolu.

Oczywiście nie było warunków i czasu, by zmontować dużą szafę w sypialni. To nastąpiło dopiero dziś – poświęcę tej akcji osobny rozdział pamiętnika, bo warto.

link do oryginału

 

Rozdział #9
Oferta umowy, czyli pułapka na robale

Po wprowadzce coraz częściej dobiegały mnie spontaniczne okrzyki domowników – bezsporne dowody na pojawianie się w tzw. obejściu nieproszonych gości w postaci karaluchów, pająków, mrówek oraz innego równie sympatycznego zwierzyńca.

Zagadnięty landlord objaśnił, że wysoka wilgotność powietrza w kombinacji z wysoką przeciętną temperaturą sprzyja inwazji robali. Na szczęście jest Skyline Pest Solutions, którego wizytę landlord umówi wedle życzenia. Natychmiast je wyraziłem.

Wkrótce odwiedził nas James w koszulce z logo SPS. Pokręcił się trochę po domu i ogrodzie, nic nie mówiąc. „Profesjonalista w akcji” – zdążyłem pomyśleć, gdy James zademonstrował swój kunszt: na widok cwałującego po podłodze karalucha błyskawicznie zdjął but i ugodził nim najeźdźcę.

Byliśmy przekonani, że to specjalny but, do tego z podeszwą nasiąkniętą trucizną, bo robal ani zipnął. James powiedział, że się z nami skontaktuje. Po ponad tygodniu ciszy wykonałem telefon do SPS, po kilku następnych dniach napisałem sms-a do Pogromcy Robali z pytaniem o kolejne kroki w procesie.

Opędził się jak od komara (mógł przeoczyć, że jestem Bąkiem): „nie mam czasu, wczoraj urodził mi się wnuk”. Przeprosiłem za nagabywanie i zacząłem poszukiwanie robalobójczych butów na amazon.com.

Nieoczekiwanie James zadzwonił z własnej nieprzymuszonej kilka dni później. Uradowany, poprosiłem go o przesłanie oferty na usługę eksterminacji robactwa. Zgodził się, a nawet cierpliwie zanotował mój adres emailowy.

Minęło kilka kolejnych dni ciszy w eterze. Wczoraj spostrzegliśmy z zainteresowaniem, że wokół domu jest wkopanych kilka kolorowych ni to puszek, ni to tubek. Domyślamy się, że to robota Jamesa w ramach akcji „Niewidzialna Ręka to także Ty”. Ponieważ jestem w miarę bystry, spodziewam się w skrzynce pocztowej rachunku za usługę.

Doznaję uczuć ambiwalentnych: z jednej strony cieszę się, że wielonożne towarzystwo doświadczy przykrości. Z drugiej jednak sam czuję się trochę jak robal złapany w pułapkę ofsajdową.

link do oryginału

 

Rozdział #10
Twierdza padła, zamówiłem książeczkę czekową

Dopadli mnie. Wataha bestii w postaci landlorda, szkoły Igora, gazowni, elektrowni, a ostatnio firmy leasingującej pojazdy czterokołowe – wszyscy pragną czeków.
W związku z czym zameldowałem się na stronie swojego banku, by natychmiast zakosztować dobrych wieści: na czacie otrzymałem niski numer startowy: 32.

„Hi Radoslaw, my name is Sarah, how can I help you today?”
„Czeki żem chciał zamówić ewentualnie”
„Old school! Wow! I like it”

Przez chwilę mnie zatkało. Czyli wychodzi na to, że to ja smaruję twarz gęsim smalcem dla zarostu zmiękczenia, a marmoladę i proszek do zębów trzymam w skarpetach. No i zamawiam książeczkę czekową, narażając się na jawne szyderstwa Sarah o głosie kanarka duszącego konie. Old school.

W dalszej części procedury padły następujące pytania (i odpowiedzi):
„Jakie informacje mają być na blankietach czekowych?” (że nie miałem wyjścia);
„Czy życzę sobie znaki wodne, za dopłatą” (tak, z logo Łódzkiego Klubu Sportowego);
„Od jakiego numeru ma się zaczynać książeczka?” (oczywiście 666).

Niebawem zamówię sobie również torebusię biodrową (zwaną popularnie „nerką”) ze Statuą Wolności, w której obok książeczki czekowej znajdzie się malutki faks.

link do oryginału

 

Rozdział #11
Granica bólu przekroczona, czyli czas rozszyfrować skrót nazwy banku HSBC. Hurtownia Stworów Bynajmniej Człekopodobnych.

Jedynym powodem otwarcia konta w ww „banku” była przeprowadzka do USA. Po przyjeździe do Stanów niezwłocznie przesłaliśmy „bankowi” kopie stosownych dokumentów potwierdzających ten fakt: karty SSN, rachunki za media, kontrakt na wynajem domu. Byliśmy pewni, że stosowne zmiany w bazie danych adresowych zostaną naniesione niejako z automatu.

Pierwsza czerwona lampka zapaliła się, gdy „bank” domagał się dowodu zamieszkania pod adresem szwajcarskim. ?!?!?

Druga, gdy na stacji benzynowej nie został zaakceptowany kod pocztowy przypisany do karty debetowej (to materiał na osobny rozdział). Po tym epizodzie zadzwoniłem do „banku”, żeby upewnić się, że adres został zmieniony ze szwajcarskiego na amerykański. Zapewniono mnie, że jak najbardziej.

Trzecia czerwona lampka: odrzucane płatności online („niewłaściwy adres”).

Czwarta: okazało się, że „bank” wysyła wyciągi i inną korespondencję na adres w Szwajcarii. Powalająca logika: „ponieważ przeprowadzili się do Stanów, będziemy im wysyłać korespondencję do Szwajcarii”.

Dziś wieczorem postanowiłem sprawę wyjaśnić definitywnie. „Jeśli rzeczywiście chcesz nam zawracać głowę, wciśnij „jeden”. Po 13-tu minutach słuchania muzyki westernowej wmawiałem sobie, że właśnie ćwiczę asertywność. W 24-tej minucie zaczęły mi drgać kolejno: powieki, lewe kolano i prawa skroń. W 37-mej minucie zacząłem snuć plany krwawej zemsty na wszystkich pracownikach „banku”.

Wreszcie panienka zaczęła zagadywać mnie przez kolejnych 20 minut historiami o specjaliście od zmiany adresu w systemie, na którego cały czas czekamy. Zdążyłem znienawidzić muzykę westernową szczerze i z całego serca. Oczywiście zmiany w imieniu Żony nie mogłem dokonać za jednym zamachem – groziłoby to bezpieczeństwu „banku” (konto wspólne z tym samym adresem, oczywiście teoretycznie).

Żona zadzwoniła więc osobiście, ale na głośnomówiącym podsłuchu, żebym mógł w razie czego interweniować. Uwaga: żadne z poniższych pytań nie zostało zmyślone:
– w jakim celu Pani dzwoni?
– czy tylko po to Pani dzwoni?
– jakim językiem posługuje się Pani na co dzień?
– jakie są cztery ostatnie cyfry SSN?
– jak brzmi pełny numer SSN?
– jak brzmi numer karty?
– jaki to typ karty?
– czy ma Pani ustawioną weryfikację głosową?
– czy ma Pani dostęp do konta online?
– jaki jest numer konta?
– jak się Pani nazywa?
– jak brzmi stary adres?
– jak brzmi nowy adres?
– czy to mieszkanie czy dom wolnostojący? (serio!)
– czy to adres stały, czy tymczasowy?
– czy może Pani przeliterować nazwę miasta?
– czy wykasować z bazy danych wszystkie stare adresy?
– czy telefon jest rejestrowany na Panią?
– czy zgadza się Pani na to, że ktoś z „banku” zadzwoni do Pani w przeciągu trzech dni roboczych celem zweryfikowania Pani tożsamości? (to co my do tej chwili robiliśmy?!)

Ludzie z natury rzeczy unikają cierpienia i wszystkiego, co się z nim kojarzy.
Unikajcie Hurtowni Stworów Bynajmniej Człekopodobnych. Za wszelką cenę.

link do oryginału

 

Rozdział #13
Pobudka, wstać, koniom wody dać

Niedziela, 6:30, dzwoni mój telefon komórkowy. „Hello Mr Bak, tu firma Rooms to Go! Zamawiał Pan meble? Będziemy u Pana za pół godziny!” Zebrałem myśli tak szybko, jak to o tej porze możliwe. Rzeczywiście, zamówiliśmy tydzień wcześniej parę gratów do salonu, w piątek bezduszny robot poinformował mnie o dostawie za dwa dni, ale nie wzięliśmy na poważnie godziny 7-mej rano. W niedzielę?

Cóż, pozostało przeczyścić zęby, zrobić dwie pompki i szpagat (kiedyś, kiedyś) i wypatrywać brygady meblowej. Przybyli punktualnie, świeżutcy, pachnący, w trymiga wnieśli sofę (tym razem miałem napiwek w pogotowiu), pozdrowili i pojechali.

Niedługo potem zjawił się nasz landlord z nową zmywarką do naczyń – szczypaliśmy się nawzajem z Żoną, czy to nie sen. Oboje obstawiliśmy dolary przeciwko orzechom, że właściciele domu nie napną się na inwestycję, a tu taka niespodzianka – i to na trzy miesiące przed Bożym Narodzeniem.

Żeby jednak nie było zbyt pięknie, wkrótce zaczęło działać prawo Murphy’ego – nowiutka piękna zmywareczka nie działa. Mruczy sobie tylko i nie reaguje na żadne przyciski, serwisant Samsunga przybędzie na białym koniu w przeciągu 48-miu godzin.

Stara zmywarka nie zmywała dokładnie, nowa nie zmywa w ogóle. C’est la vie. Okazuje się, że niedzielny poranek można spędzić w o wiele bardziej wartościowy sposób zamiast wylegiwać się w łóżku.

link do oryginału

 

Rozdział #16
Mój dom, moja twierdza (albo coś w tym stylu)

Jeden z moich kolegów, który mieszkał przed trzema laty przez kilka miesięcy w Peachtree City, opowiedział mi kiedyś historyjkę, którą wtedy puściłem mimo uszu, bo wydała mi się zmyślona.

Miał potknąć się w przedpokoju domu i z impetem wpaść na ścianę, co prawie doprowadziło do katastrofy budowlanej. Do zawalenia nieruchomości nie doszło, ale zniszczenia miały być nieproporcjonalnie duże w porównaniu z błahością incydentu. Pomyślałem sobie, że pofolgował wyobraźni dla dodania pikanterii swojej historyjce.

Do niedawna.

W ubiegłym tygodniu zwróciły naszą uwagę konstrukcje na nowo powstającym osiedlu nieopodal. Pierwotnie sądziliśmy, że to budowle o przeznaczeniu gospodarczym, ale bliższe oględziny rozwiały wątpliwości: to jednorodzinne domy mieszkalne.

Adam Słodowy i jego zwolennicy byliby wniebowzięci: trochę płyt paździerzowych, kilka sklejek, kartongips, gwoździe, klej – i twierdza może być Twoja! Warunkiem sprzyjającym budowie będzie na pewno Czujczyn w okolicy, Obi i Mrówka byłyby rozpustą.

Właściciele cegielni nie mają tu czego szukać. Pustaki są, owszem, ale w znaczeniu kolokwialnym.

Program „Mieszkanie Plus” na talerzu – nic tylko kupować licencję (lub włączyć do agendy „Fort Trump”) i wygrywać wybory w cuglach.

link do oryginału

 

Rozdział #20
Houston, mamy problem, czyli Ty też możesz zostać serwisantem.

Mniej więcej w szkole podstawowej okazało się, że do majsterkowania mam dwie lewe ręce. Odcinki „Zrób to sam” Adama Słodowego traktowałem na równi ze science fiction. Podziwiałem domorosłych naprawiaczy telewizorów, pralek i żelazek.

Z zachwytem czytałem o wyczynach Pana Gondery z „Księgi urwisów” Niziurskiego: potrafił naprawić zarówno dach budynku szkolnego, jak i zegarek Pana Stelmacha.

Zawsze uwielbiałem samochody, do których trzeba wyłącznie wlewać paliwo, omijające warsztaty szerokim łukiem, niczym Żandarmeria Wojskowa pijanego żołnierza. Złote Rączki otaczałem należną czcią.

Do niedawna.

Zapowiedzianą wizytę speca od naprawy zmywarki potraktowałem jako szansę zobaczenia CR7 w akcji na żywo. Wirtuoz zajechał fordem z logo Samsunga, podobne logo zdobiło plecy śnieżnobiałej bluzy. Dostojnie podszedł do zmywarki, której zrobiło mi się przez chwilę żal – za chwilę ulegnie mistrzowi 0:3 do przerwy.

O dziwo odpowiedzi na pytania o objawy usterki nie wywołały na twarzy serwisanta grymasu z serii „wiem wszystko, robota na pięć minut”. Przeciwnie – wyglądał na kogoś, kto widzi zmywarkę Samsunga góra drugi raz w życiu. Wprawnym ruchem wyciągnął smartfona, po czym za pomocą kamery wirtualnie oprowadził kolegę z bazy po wnętrzu sprzętu, kończąc pokaz pytaniem „co teraz?”.

Kilka razy próbował wykonać polecenia Houston. Niestety, Apollo nie wylądował na Srebrnym Globie i zmywareczka jak stała odłogiem, tak stoi. CR7 wdział bluzę z logo, wsiadł do ologowanego forda i odjechał, pozostawiając po sobie miłe wspomnienie – przecież w końcu próbował.

Do zostania serwisantem w Stanach wystarczy posiadać: samochód, kombinezon, torbę z narzędziami i smartfona. Oraz sporo tupetu z domieszką Obamowego „Yes, You Can”.

link do oryginału

 

Czy warto było wyjeżdżać ze Szwajcarii?

Muszę zaznaczyć, że gdy pada to pytanie, zazwyczaj jest ono zadane tonem, który sugeruje odpowiedź, a raczej punkt widzenia pytającego: i po co Wy wyjeżdżaliście z tej Szwajcarii?!   Odpowiedź jest stosunkowo prosta, chociaż później zaczynają się schody…

Pisałam już o tym wcześniej – Mój Mąż co jakiś czas dostawał propozycje przenosin do Stanów Zjednoczonych, ale ja nigdy nie chciałam nawet rozpoczynać rozmów na ten temat. I nagle powiedziałam ok – spróbujmy. Jeżeli mamy świadomie zdecydować się na wielką życiową rewolucję, to chyba lepiej nie czekać do 80.

Zawsze powtarzałam, że lubię i chcę mieć poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Bezsprzecznie Szwajcaria właśnie to oferuje. To oraz wiele innych rzeczy, o których wspominałam np. w tym tekście. Może wydawać się więc dziwne, że z własnej woli zrezygnowałam z tych bardzo ważnych dla mnie wartości.

Jednak jeszcze ważniejszą wartością jest RODZINA. Nie za wszelką cenę i nie jako główny priorytet, ale chcę aby Mój Mąż mógł podejmować zawodowe wyzwania, skoro czuje zew i ma w sobie odwagę, aby takim wyzwaniom stawić czoło. Tym bardziej, że Mąż za moment skończy 50 lat i można by pomyśleć, że w tym wieku nikt już nie chce rewolucji.

Jeżeli chodzi o Synów, to chociaż radzą tu sobie doskonale, wiem, że w jednej sekundzie wsiedliby do samolotu lecącego do Szwajcarii. Obaj tęsknią za kolegami i życiem jakie prowadzili w Szwajcarii. I chociaż bardzo mnie ta ich tęsknota boli, to wierzę, że dając im możliwość doświadczenia życia w Stanach, dajemy im ogromną wartość.

Nawet gdybyśmy wszyscy ostatecznie uznali, że życie w Szwajcarii było łatwiejsze, wygodniejsze, bezpieczniejsze, to wolę być bogatsza o tą wiedzę i własne doświadczenie, niż zastanawiać się – co by było gdyby? Nie każdy ma nawet możliwość podjęcia takiego wyzwania. Inna sprawa czy by je podjął.

Każde wyzwanie, życiowa rewolucja wiąże się z ryzykiem, stresem, komplikacjami i stratą. Tak – zawsze coś przy okazji się traci, a wcale nie zawsze zyskuje. I wcale nie najważniejszy jest późniejszy bilans zysków i strat. Najważniejsze jest poczucie, że się w życiu walczyło!

Walczyło o szczęście swoje i swoich bliskich. Że szukało się swoich dróg i sposobów na przeżycie tego życia. Bo mamy je tylko jedno! A często o tym zapominamy. Nie ma życia na próbę, ale możemy w życiu próbować. Próbować wiele razy i różnych rzeczy i kto powiedział, że ma to się ograniczać tylko do nowej fryzury czy nowego smaku?

Ja naprawdę bardzo bym chciała zapewnić sobie i swoim najbliższym absolutne poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, nawet kosztem nudy. Ale wiem, że co byśmy nie zrobili, jak bardzo byśmy nie uwierzyli, że zabezpieczyliśmy się na wszystko i przeciw wszystkiemu – czegoś takiego nie ma!

 

Dlatego warto było wyjechać ze Szwajcarii. Warto zdobyć to doświadczenie. Wyrobić sobie własne zdanie. Zderzyć się z własnymi wyobrażeniami o Stanach Zjednoczonych. Nawet jeżeli powstały przy tym siniaki. One znikną, a przygoda, nowa wiedza i doświadczenia zostaną i już zawsze będziemy o nie bogatsi.

Poprzedni wpis
Następny wpis
Something is wrong.
Instagram token error.
Load More