Top

Siedzę we własnym mieszkaniu, przy pożyczonym stole, na pożyczonym krześle, z pożyczonej miski, pożyczoną łyżką jem lody Movenpick – jestem w Szwajcarii.

 

 

Już blisko miesiąc jestem w Europie. 3 lipca całą rodziną wsiedliśmy w samolot, który z Nowego Jorku przyleciał do Zurychu. Dla mnie i dla Synów był to lot w jedną stronę. Przynajmniej na jakiś czas. Bo chociaż plan był inny, to pandemia pokrzyżowała również ten.

 

Na początku tego roku podjęliśmy decyzję o powrocie do Szwajcarii. Kontrakt Mojego Męża obowiązuje jeszcze przez rok, ale ja ze względu na Synów postanowiłam wrócić szybciej. Chłopaki są w takim wieku, że wybór szkół jest teraz priorytetem.

 

Ponieważ ze Stanami Zjednoczonymi nigdy nie wiązaliśmy dalekosiężnych planów, w tej sytuacji kolejny rok nauki w systemie amerykańskim nie był atutem. Nie chodzi tutaj o ocenę poziomów szkolnictwa, ale o pytanie – gdzie i jakie szkoły ukończą Nasi Synowie?

 

Tym razem decyzja o przeprowadzce nie była porywem serca, chęcią sprawdzenia się i doświadczenia czegoś nowego. To czysta kalkulacja lat nauki i rodzaju szkół w dwóch różnych systemach szkolnych. Rachunek wskazał Szwajcarię, kiedyś rozwinę ten temat.

 

 

Dzisiaj w Szwajcarii obchodzone jest Święto Narodowe. Siedzę w prawie całkowicie pustym mieszkaniu, które rezonuje wybuchy fajerwerków oraz petard, jeszcze bardziej podkreślając fakt, że kontener z naszymi rzeczami nadal nie dotarł na miejsce.

 

Od 16 czerwca ponownie przeszliśmy na minimalizm. 90% naszych rzeczy powędrowało do kontenera, jakieś 9% powędrowało do mieszkania, które wynajęliśmy dla Męża, a my, z sześcioma walizkami przekroczyliśmy próg naszego pustego, szwajcarskiego mieszkania.

 

Kontener powinien już dawno być na miejscu. Wszystko zaplanowane było tak, abyśmy szwajcarski rok szkolny rozpoczęli w normalnych warunkach, czyli w umeblowanym i wyposażonym mieszkaniu. Chłopaki za 8 dni idą do szkół, a ich biurka nadal tkwią w kontenerze.

 

Ostatnio firma od przeprowadzek twierdziła, że kontener wypłynie z USA 25 lipca. Na nasze pytanie, czy tak się stało, dostaliśmy odpowiedź – sprawdzimy. Sprawdzają nadal. Przyznam, że coraz trudniej jest mi się denerwować, w końcu ile można? Kiedyś ten kontener do nas dotrze. Prawda?

 

 

W walizce przywiozłam ze sobą Pana Zająca (poduszka) oraz Molly juniorkę (roślinka). Seniorka, była już zbyt duża, abym mogła próbować przemycić ją w bagażu. Molly, która towarzyszyła nam w podróży przez stany USA, trafiła w amerykańskie ręce i z otrzymywanych zdjęć wnioskuję, że ma się dobrze.

 

25 lipca Mój Mąż wsiadł w samolot i ruszył w drogę powrotną do Stanów. Ze względu na obostrzenia dla przyjezdnych z Europy, droga tym razem prowadzi przez Meksyk. Ja z Chłopcami tego samego dnia wsiadłam w samochód i odwiedziliśmy Rodzinę w Polsce.

 

Przed nami ostatni tydzień wakacji. 10 sierpnia zacznie się szkoła. Gdy tylko złapiemy nowy rytm i na nowo odnajdziemy się w szwajcarskiej codzienności, zacznę zaglądać tu częściej. Dziękuję wszystkim za prywatne wiadomości na maila oraz na Instagramie.

 

Ostatnio bardzo często słyszę pytanie-stwierdzenie „musisz być szczęśliwa, że wróciłaś do Szwajcarii”.

 

Szczerze? Nie zastanawiam się nad tym. Na razie zbyt dużo się działo i dzieje. Decyzja była z gatunku tych rozważnych, a nie romantycznych. Powrót wbrew pozorom nie był taki łatwy, jak mi się wydawało, że powinien być.

 

Samo doprowadzenie do przeprowadzki między kontynentami, w czasach pandemii, było ogromnym, szalenie stresującym i długotrwałym procesem. Ale udało się. Jesteśmy w Szwajcarii.

 

Nie w komplecie, co jest dla nas zupełnie nowym doświadczeniem, ale czasami trzeba wyznaczyć jeden priorytet i wszystko inne temu podporządkować. Jeszcze raz dziękuję za zainteresowanie powodami mojego milczenia. Pozdrawiam ciepło i „do zobaczenia” gdzieś w internetach.🥰😘

WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ:

Kwiecień w Peachtree City

podsumowanie miesiąca