Top

Dzisiaj jest trzynasty. Nie z tego powodu, ale mam podły nastrój… Do tego pogoda za oknem, jakby się sprzysięgła i zupełnie nie sprzyja pozytywnemu nastawieniu – maj…

Chciałam dla żartu powyliczać znane mi przesądy, ale nie będę się jeszcze bardziej dołować. Dlatego będzie o czymś, co poprawia mi nastrój – kwiaty w domu!

Potrzebuję ich w swoim otoczeniu, chociaż nie zawsze tak miałam. Nie muszą być ich krocie – jedna doniczka, czy jeden wazonik z kwiatkiem też „robią atmosferę”.

Nie jestem specem. Przyznam, że nie znam dokładnych wymagań konkretnych roślin, raczej ich nie nawożę, przesadzam jak „coś mnie tknie”. Miałam już w domu ogromną ilość roślin, ale jakiś czas temu, drastycznie ją zredukowałam. Drastycznie, jak na siebie.

Pierwszy raz zrobiłam to, po tym jak poprosiłam Znajomych o podlewanie kwiatów podczas jakiegoś wakacyjnego wyjazdu. Gdy później dowiedziałam się, ile czasu musieli poświęcić na podlewanie, dało mi to do myślenia.

Będąc w domu, podlewam kwiaty intuicyjnie, z doskoku. Wiem, które wymagają tego częściej, a które mogą czekać niemalże tygodniami. Jednak gdy trzeba je wszystkie podlać jednocześnie, okazuje się, że zabiera to naprawdę ogromnie dużo czasu.

Wtedy pierwszy raz policzyłam doniczki (wszystkie, nawet najmniejsze) liczba z całą pewnością przekraczała trzydziestkę. Wtedy postanowiłam skupić się przede wszystkim na dużych roślinach. Następny moment, kiedy jeszcze bardziej ograniczyłam ilość kwiatów w domu, związany był z pójściem chłopaków do szkoły.

Zmusiło to nas do wyjazdów w sezonie, wtedy kiedy są wakacje i kiedy wszyscy Znajomi również wyjeżdżają. To spowodowało naturalną selekcję (bolesną), bo okazało się, że mogą zostać tylko te kwiaty, które nie wymagają częstego podlewania. Pomimo iż, donice podlewałam tuż przed wyjściem z domu, w ziemię wbijam kule nawadniające i tak musiałam liczyć się z tym, że po dwutygodniowej nieobecności, jakieś straty mogą być i często były.

Jednak to nauczyło mnie jednego, Moja Mama zawsze to powtarza i to jest prawda – najgorzej jest kwiat przelać! Naprawdę. Ze zgniłej od nadmiaru wilgoci rośliny nic już nie będzie, ale przesuszone rośliny potrafią się odrodzić. To jest chyba jedyna żelazna zasada, której przestrzegam.

Na chwilę obecną, poza jednym „osobnikiem” w przedpokoju, kwiaty stoją tylko w salonie. Poszłam i policzyłam… 15 sztuk, mizernie jak na mnie, ale widocznie zostali najtwardsi. Za to można śmielej poprosić o pomoc, bo trzeba pamiętać, że za oknem jest jeszcze spory zbiór donic na tarasie.

U mnie nie sprawdziły się kwiaty ani w pokojach dziecinnych, ani w sypialni – zapominałam o nich. Poza tym u chłopców to niepraktyczne, bo trudniej znaleźć bezpieczne miejsce, aby kwiat nie wylądował podczas jakiejś zabawy na podłodze. Z sypialni wychodzę rano i często przez cały dzień do niej nie wchodzę – na śmierć zapominałam, że coś tam postawiłam. Poza tym i tak na te kwiaty nie patrzyłam, a przecież mają swoim widokiem poprawiać nastrój i dodawać urody wnętrzu.

Poza wszystkimi plusami jakie daje mi posiadanie kwiatów w domu, jest jeden minus (przesadzanie uznam za neutralne).
Szczerze i z całego serca nie cierpię ich mycia i odkurzania.

Przyznaję bez bicia. Jest to dla mnie mordęga niesamowita, duży wysiłek fizyczny i bałagan w całym domu przez okrąglutki dzień. Nim te wszystkie kwiaty zatacham do łazienki. Nim one później ociekną, przeschną. Nim wrócą na swoje miejsca… to już wolę przesadzanie.

Bałaganu też dużo, przy większych kwiatach samo wydobycie rośliny z doniczki to wyczyn, ale „grzebanie w ziemi” przynajmniej mnie uspokaja, poza tym jest jakieś takie bardziej twórcze. Mycie kwiatów, że nie wspomnę o przecieraniu każdego listka, to mordęga i jedyna prawdziwa zmora posiadania ich w domu.

Dwa razy w roku urządzam zbiorową kąpiel, więcej moja psychika (i kręgosłup) nie zniosą. Poza tym jednym, naprawdę uwielbiam kwiaty. Chociaż wiem już, że ani z ilością, ani z egzotyką nie mogę przesadzać.

W naszym mieszkaniu najlepiej sprawdzają się rośliny, które nie kwitną. Z tego powodu bardzo lubię storczyki. Długo utrzymują kwiaty i dzięki temu są bardziej ekonomiczne od kwiatów w wazonie, które lubię ale staram się być rozważna, a nie romantyczna.

Jedynym kwitnącym kwiatem jest Anturium, które dostałam kilka lat temu od męża na imieniny. W zeszłym roku dał mi popalić, nie kwitł, miał tylko zielone liście. Może przechodził jakiś okres wyciszenia, bo w tym roku kwiaty ponownie się pokazały. (odpukać)

Za najbardziej wymagający kwiat w naszym zbiorze uważam paprotkę (wiem, staromodne, ale podobno jest bardzo zdrowa dla otoczenia) oraz szczawika. Pozostałe naprawdę nie są szczególnie wymagające.
Skoro ja sobie radzę, to każdy może.

 

A jakie roślinki Wy polecacie?
Mam jeszcze kilka doniczek w komórce,
chętnie sprowadzę jakiegoś nowego osobnika.

 

@Fragmentator

Fragmenty codzienności i naszych podróży na Instagramie

Dzień Matki.

NOTATNIK