preloder
Top

Alzacja to podobno najmniej francuska część Francji. Nie wiem, bo dla mnie Francja to przede wszystkim Paryż i właśnie Alzacja. Paryż to symbol, to miasto przez duże M. Do Alzacji mamy bliziutko. Jeździmy tam na spacer, na lody, na obiad, na… napić się wina i nacieszyć oczy.

Najczęściej odwiedzamy miasteczka Colmar i Riquewihr, to aż dziwne, że nigdy nie zamieściłam na blogu zdjęć z tych przepięknych miejsc. Cóż, nadrobię to innym razem. Tym bardziej, że osoby spostrzegawcze powinny zauważyć drobną zmianę w nagłówku bloga…

Nie uwierzycie – zepsuł nam się kolejny dysk ze zdjęciami! Okazuje się, że w naszym przypadku, blog jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc do przechowywania zdjęć. Stąd ta drobna zmiana w nagłówku, ale być może kolosalna na blogu. Fragmentator to już nie tylko blog, a również fotoblog!

Co to oznacza dla mnie? Nie muszę się zamartwiać, że do tuzina i więcej zdjęć, powinnam dołączyć jakiś wypasiony tekst. To ulga dla osoby, która ma problemy ze skupieniem uwagi. Zawsze lubiłam pisać i mam nadzieję, że to do mnie wróci, ale teraz bez przeszkód mogę wrzucać posty z samymi tylko zdjęciami.

Nim wróci mi wena na pisanie, na blogu może pojawiać się więcej wpisów czysto fotograficznych. Nie dlatego, że robimy piękne zdjęcia. Ale po to, aby nasze zdjęcia uratować przed kolejną katastrofą. Tym razem straciliśmy dysk przenośny Mojego Męża, który zawierał ostatnie uratowane fragmenty naszej i tak przetrzebionej kolekcji zdjęć.

Co to oznacza dla Was? Mniej czytania, więcej oglądania. Podobno i tak świat idzie w tym kierunku. W kierunku obrazu i szybkiego przekazu. Mamy wiele do zrobienia, zdobycia, zobaczenia, a czasu mniej. Nie wiem dlaczego? Przecież żyjemy dłużej. Mamy samochody, a nie konie. Smartfony, a nie budki telefoniczne po drugiej stronie ulicy.

Ale podobno nie mamy czasu, a przynajmniej czasu na czytanie. A już z pewnością na czytanie blogów. I chociaż jestem pewna, że Wy czytacie, nie tylko blogi, ale zapewne również bardziej zacne pozycje, to u mnie sobie na razie więcej pooglądacie. Chociaż nie dzisiaj, bo akurat dzisiaj się rozpisałam i to zupełnie nie na temat. A wracając do Alzacji…

 

Zwiedzamy Alzację – Strasburg

 

W minioną sobotę wybraliśmy się trochę dalej niż zwykle. Strasburg oddalony jest od nas o ponad 2 godziny jazdy samochodem. To nie tylko stolica Alzacji, ale także  siedziba Rady Europy, Parlamentu Europejskiego oraz Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Strasburg nosił kiedyś przydomek miasta tysiąca kościołów i do dzisiaj napotkamy tam wiele zabytkowych budowli sakralnych. Wizytówką miasta jest katedra Notre Dame zbudowana z czerwonego piaskowca (materiał charakterystyczny dla Alzacji). W środku znajduje się działający zegar astronomiczny, na którym odnajdziemy podobiznę Mikołaja Kopernika.

Centrum miasta poprzecinane jest ze wszystkich stron licznymi kanałami, co stanowi o uroku tego miejsca. Szczególnie późną wiosną i latem, kiedy kanały pięknie przystrojone są kwiatami. Starówka (Grande île) wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Zabytkowa dzielnica Petite France to w przeważającej części (uwielbiana przez mnie) zabudowa szachulcowa. To królestwo hotelików i knajpek, w których można spróbować typowo alzackiego jedzenia w tym francuskiego bigosu – choucroute lub „alzackiej pizzy”, czyli flammkuchen (fr. tarte flambée).

 

 

Alzacka pizza

Flammkuchen (flammeküeche, tarte flambée), to raczej jak wskazuje francuska nazwa – rodzaj tarty, ale ta najbardziej tradycyjna wersja z wyglądu bardziej przypomina pizzę. Spód jest bardzo cienki, zrobiony na bazie ciasta chlebowego. Dodatki to cebula, pocięty w drobne słupki boczek i śmietana. W Alzacji można spotkać wiele wariacji nt. flammkuchen, popularne są takie dodatki jak ser biały, ser emmentaler czy ślimaki.

Mała Franca

Dzielnica Petite France chociaż na polski tłumaczona Mała Francja, podobno powinna być przez nas nazywana Małą Francą?!? Dawniej była to dzielnica grabarzy i rybaków. Nazwa dzielnicy pochodzi od nazwy szpitala, który tutaj wybudowano, a w którym leczono cierpiących na „chorobę francuską” czyli kiłę. Dlaczego zatem Mała Franca?
Otóż jedną z nazw1 pod jakimi „choroba francuska” funkcjonowała w Polsce, obok takich znakomitości jak: syfilis, syf, choroba sekretna, ospa miłosna czy niemoc kurewników i cudzołożników (serio) była nazwa franca lub pani franca, bo „choroba francuska”.
Ja mimo wszystko dzielnicę Petite France nadal będę nazywała Małą Francją.

A przy okazji, niesamowite jest to, jak kiłę nazywano w innych europejskich krajach: w Rosji była to „choroba polska”, we Francji „choroba angielska”, w Polsce „choroba niemiecka”, ale także podobnie jak we Włoszech i w Niemczech „choroba francuska”, a np. w Persji była to „choroba turecka”. Czy to nie jest czasem przerzucanie się odpowiedzialnością?

 

I w ten oto przewrotny sposób, za sprawą wpisu, który miał pokazać kilka migawek Strasburga, dowiedzieliście się dlaczego trzeba uważać, gdy chce się kogoś nazwać francą…


1 Podobno „choroba francuska” krążyła po świecie pod ponad setką nazw.

Poprzedni wpis
Następny wpis
Something is wrong.
Instagram token error.
Load More