Top

Gdy 9 lipca, do naszego szwajcarskiego mieszkania przybyła ekipa, aby spakować nasz dobytek, nie przypuszczałam, że z takim rozrzewnieniem będę wspominała tamtych sześciu panów pakowaczy.

 

Gdy po ponad miesięcznej podróży, kontener z rzeczami stanął pod wynajętym w Stanach domem, a do drzwi zapukało trzech panów rozpakowywaczy – wiedziałam, że tym razem nie pójdzie ani sprawnie, ani lekko.

 

 

Ponieważ na blogu unikam wulgaryzmów, ale gdzieś emocje z tamtego dnia musiałam z siebie wyrzucić, na facebookowej stronie Fragmentatora powstał post. Wiem, że moje słownictwo i ilość ostrych epitetów mogą szokować, ale postanowiłam tego wpisu nie kasować.

 

Owszem, pisałam go w emocjach i w wielkim wzburzeniu. I prawdopodobnie wylałam z siebie cały żał, który gromadził się we mnie od początku pobytu w Stanach, ale uznałam, że są to prawdziwe emocje tamtego okresu i mimo formy, chcę aby zostały zachowane.

 

 

Dzisiaj po dwóch tygodniach, nadal się we mnie gotuje na wspomnienie tamtego dnia. Tym bardziej, że ciągle odkrywam kolejne ślady obecności tej niefortunnej ekipy. Pocięta obudowa telewizora, rozcięte obicia foteli, uszkodzony stół, ściany, podłoga.

 

 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że im to wszystko odpuściliśmy. Nigdzie tych uszkodzeń nie zgłosiliśmy, pomimo opłaconego ubezpieczenia. Mieliśmy już dosyć walki i użerania się z przedstawicielami firmy przeprowadzkowej.

 

 

Wolę pomyśleć (kiedyś) o wymianie pociętych przy rozpakowywaniu rzeczy, wolę pomalować ściany wynajmowanego przez nas domu, wolę setny raz wypucować podłogę – niż mieć jeszcze jakikolwiek kontakt z amerykańskim oddziałem firmy przeprowadzkowej.

 

 

I nie jest pocieszeniem fakt, że ciężar komunikacji z amerykańskimi urzędami, instytucjami i firmami wziął na siebie Mój Mąż. Gdy widzę jak wygląda tutaj załatwianie spraw np. u dilera samochodowego czy w banku, mnie samą łapią skurcze żołądka i tiki nerwowe. Nie pytajcie jak znosi to Mąż…

 

 

Przylecieliśmy do Stanów ponad miesiąc temu i chociaż wiem, że to ciągle są początki, to przyznaję, że chyba nikt z nas nie spodziewał się, że tak będą one wyglądały. Bo, że będzie ciężko, tego się spodziewaliśmy. Tylko zaskakuje nas fakt, o co się w tej Ameryce „potykamy”.

 

 

Na zdjęciach dom w obecnym stanie. Zdjęcia upiększają – nie jest tak czysto, nie wszystkie pudła są rozpakowane, nie wszystkie rzeczy znalazły miejsce, a kilka mebli trzeba będzie dokupić. I chociaż łatwiej się tu teraz funkcjonuje, to trzeba przyznać, że trochę mi brakuje tego minimalizmu sprzed przyjazdu kontenera.

 

Poprzedni wpis
Następny wpis