preloder
Top

W sierpniu zastanawiałam się nad podjęciem wyzwania „Codzienne pisanie”. Słyszałam, że to dobry sposób na wyrobienie nawyku pisania, bez czekania aż do drzwi zapuka wena. Ale sierpień był zbyt intensywny i uznałam, że to nie jest odpowiedni czas. A może użyłam kolejnej wymówki? W każdym razie wyzwania nie podjęłam.

Dzisiaj patrzę w kalendarz i dociera do mnie, że za chwilę będzie połowa września, a ja kolejny raz znajduję mniej lub bardziej poważne powody, aby nie siadać przed klawiaturą swojego laptopa. Dlatego podejmuję próbę przechytrzenia samej siebie…

Nie będę pisała codziennie, ale spróbuję pisać co tydzień. Może pomoże mi ustalenie stałego dnia. Wybrałam – piątek. Za to nie wybrałam tematu. Zakładam, że będzie coś na kształt podsumowania tygodnia. Trochę o tym co się u nas wydarzyło, może jakieś wzmianki o tym co przeczytałam lub obejrzałam.

Postaram się również dzielić miejscami w sieci, w tym także na Instagramie, które wywarły na mnie wrażenie, zaintrygowały lub czegoś się z nich dowiedziałam.

Cykl (jeżeli taki powstanie) nie ma na razie żadnej nazwy, dlatego bez dalszych wstępów przechodzę do podsumowania minionego tygodnia, życząc jednocześnie miłego weekendu, czyli

Pierwszy wyjazd

Chyba o tym nigdy nie wspominałam, ale w Szwajcarii w wielu kantonach istnieje „instytucja” obozów szkolnych. Tzn., że szkoła organizuje dla swoich uczniów tygodniowe obozy wyjazdowe, które zazwyczaj przypadają na ferie letnie oraz na zimowe ferie sportowe. I są one w przeważającej części sponsorowane przez gminy.

Tak jest w większości szwajcarskich kantonów, ale… nie u nas. My mamy tego pecha, że nasze szkoły nie zaprzątają sobie tym głowy. A może nasza gmina uznaje, że nie będzie tak rozrzutna – nikt nigdy nam tego nie wyjaśnił. W kadym razie dzieci w naszym kantonie pozbawione są takich wyjazdów.

Taka jest reguła. Ale jak wiadomo, od każdej reguły są wyjątki. I taki wyjątek miał miejsce w zeszłym tygodniu…

Bartuś był wraz całą swoją szkołą na 5 dniowym wyjeździe. Pierwszy raz tak długo poza domem, bez nas. Oczywiście okazało się, że rozłąkę bardziej przeżywaliśmy my niż Bartek. Uznałam jednak, że Nasz Syn widocznie dobrze się bawi, skoro nie ma czasu na rozmowy i smsowanie z rodzicami.

Największą atrakcją wyjazdu była wycieczka na lodowiec. Bartek był zachwycony. Słońce, śnieg i dzieci powiązane linami, na wypadek gdyby któreś wpadło do szczeliny lodowcowej. Podobno takie uskoki robią niesamowite wrażenie, ale Bartuś ze strachu, że może upuścić telefon, nie robił nad nimi zdjęć. Ale kilka ujęć z tego niesamowitego spaceru mam.

 

 

Włoski weekend

Bartuś spacerował po lodowcu, a ja spacerowałam po Wenecji. Ponieważ Mój Mąż miał w poniedziałek spotkanie służbowe w Vicenzy, a to tylko 70 km od Wenecji, nie mogliśmy nie wykorzystać takiej okazji. W sobotę wsiedliśmy do samochodu, a w niedzielę spacerowaliśmy uliczkami Wenecji.

Zazwyczaj odwiedzaliśmy ją przy okazji letnich wakacji, co gwarantuje pogodę, ale jednocześnie ogromne tłumy. I chociaż Wenecja zawsze pełna jest turystów, to we wrześniu jest ich chyba odrobinę mniej. A może odstraszyła ich deszczowa prognoza pogody, która na szczęście się nie sprawdziła i pozwoliła nam na swobodny spacer.

Z soboty na dzielę spaliśmy w znanym nam miasteczku – Brescia, gdzie wieczorem poszłam z Mężem na mecz piłki nożnej. To trochę taki „handel wymienny”, sobotni mecz za niedzielną Wenecję. A w niedzielę wieczorem byliśmy już w Vicenzy.

Ponieważ pogoda tym razem była dla nas łaskawa i tylko w sobotę musieliśmy używać parasoli, to był naprawdę przemiły włoski weekend. I może byśmy takie częściej organizowali, bo od nas to trochę ponad 5 godzin jazdy samochodem, ale jest jedno „ale”. Tunel Gotard. Zawsze wielka niewiadoma, a zazwyczaj godziny stania w korku na autostradzie.

 

Poza tym tydzień był spokojny. Nie licząc może kolejnej awarii roweru Bartka, co dla mnie zawsze oznacza dodatkowe tury wożenia do i ze szkoły. Ale historię rowerową zostawię na inny wpis, bo przy okazji będę chciała się dowiedzieć, jak taki temat wygląda w Polsce.

 

Książka i film

Okres letni, to u mnie powrót do ulubionych książek, a ewentualne nowości to bardzo lekka literatura typowo kobieca. Kolejny raz przeczytałam króciutką książkę „John i Mary” (autor: Mervyn Jones), którą w liceum dostałam od Babci.

John
Uruchomiłem maszynkę elektryczną i ogoliłem się. Byłem trochę rozczarowany, że mnie jeszcze nie pocałowała.

Mary
Świeżo ogolona twarz łączy się w mojej wyobraźni z tym, co było, co się skończyło, i napełnia mnie trochę smutkiem. Wolałabym, żeby się John jeszcze nie ogolił.

Kiedy Babcia uznała, że powinnam zacząć poznawać damsko-męski świat, nie przeprowadzała ze mną rozmów o pszczółkach i motylkach, tylko podsuwała mi lektury. Dostałam od Niej np. Sztukę kochania, ale także białe a później różowe Harlequiny. Szczerze mówiąc niewiele z tego pojmowałam i traktowałam raczej jako gatunek science fiction.

Chyba tylko książka „John i Mary” już wtedy przypadła mi do gustu. Chociaż z pewnością lekturę odebrałam inaczej niż czytając ją później w wieku 20 czy 30 lat. Po latach trafiłam w telewizji na film, w którym główne role zagrali Mia Farrow i Dustin Hoffman. I chociaż wolę książkę, to jeżeli ktoś nie ma ochoty na lekturę polecam film (pod tym samym tytułem). Myślę, że chociaż to obraz z 1969 roku, to historia nie traci na aktualności.

 

Instagram

Moja fascynacja Instagramem nie słabnie i dzisiaj przedstawiam 3 profile, które lubię podglądać nie tylko w okresie letnim. To typowe konta , które repostują zdjęcia przedstawiające malownicze zakątki świata. Zdjęcia bywają wręcz bajkowe.

 


earthimagined

 

 


vacationandtravel

 

 


worldtravelig

 

 

To tyle jak na pierwsze podejście. Mam nadzieję, że to nie będzie dla mnie pierwszy i ostatni raz. Brakuje mi pisania, ale chyba jeszcze bardziej brakuje mi silnej woli, aby do pisania wrócić…

Poprzedni wpis
Następny wpis
Something is wrong.
Instagram token error.
Load More