Top

Dzisiaj zapraszam Was na herbatę. Odpowiednio zaparzoną, bo przypilnowałam aby woda miała prawidłową temperaturę. Chociaż muszę przyznać, że ja temperaturę tylko wybrałam, a dopilnował jej

Czajnik elektryczny z regulacją temperatury

 

Podczas czytania wpisów Rzeczy bez, których nie mogę żyć oraz 10 rzeczy, których nikt o mnie nie wie, a nawet przy okazji postu o miejscu pracy blogowej, które czytałam w ramach wyzwania blogowego, okazało się, że wiele z Was pije kawę.

Uwielbiam zapach kawy. Mam nawet ekspres, bo bez tego żadna rodowita Szwajcarka nie przyszłaby do mnie „na kawkę”. Jednak sama kawy nie piję. Za to hektolitrami i różnego gatunku – piję herbatę. Nie wiem jak to możliwe, że w żadnym wpisie o tym nie wspomniałam – za to wiele z Was wspomniało.

Zauważyłam, że króluje herbata zielona. Z pewnością wiecie, że temperaturę wody, którą parzymy herbatę należy dobrać do jej rodzaju. Dla herbaty zielonej jest to przedział 60 – 90 °C.

czajnik 001

Nie jestem wytrawnym smakoszem, ale akurat o tym pamiętam – zielonej herbaty nie należy zalewać wrzątkiem. Jest na to prosty sposób, wystarczy odczekać jakieś cztery minuty aż temperatura wody spadnie.

Jeżeli w tym czasie nie zajmiecie się czymś innym, a w efekcie nie przegapicie odpowiedniego momentu lub w ogóle nie odechce Wam się herbaty – „no problem”.

Ja jednak wykorzystałam sposobność, gdy na początku roku popsuł nam się czajnik i kwestię parzenia herbaty nieco sobie ułatwiłam. Wybrałam czajnik elektryczny z ręczną regulacją temperatury.

czajnik 002

 

Nie namawiam Was do tego abyście zaraz wszystkie ruszyły do sklepu. To nie jest wpis sponsorowany. Chcę Wam tylko pokazać, jak nawet w najprostszych sprawach technika idzie na przód. Pewnie nie oglądacie codziennie półek sklepowych z czajnikami – a może tylko ja tego nie robię?

Byłam zaskoczona wyborem. Nie pamiętam ile lat służył nam poprzedni czajnik, ale przecież nie wymieniałam go, póki dzielnie nam służył. Zatrzymałam się na etapie, gdy rewolucją był brak widocznej grzałki na dnie. A tu proszę…

Dzisiaj niektóre czajniki wyglądają jak maszyny do kawy, potrafią zagotować tylko taką ilość wody, jaką potrzebujemy do zaparzenia np. jednej filiżanki herbaty. Dzięki temu są przyjazne dla środowiska. Zużywają mniej energii, bo nie gotujemy zbyt dużej ilości wody. Samą wodą też racjonalniej gospodarujemy.

Ja aż tak daleko nie poszłam. Muszę sama ustalić ilość płynu, ale za to nie muszę odczekiwać czarodziejskich czterech minut.

czajnik 003

 

Wybieram odpowiednią temperaturę, wciskam przycisk start i czekam aż czajnik przywoła mnie swoim popiskiwaniem.

Zakres temperatur w różnych modelach może się różnić. Rarytasem jest czajnik, który potrafi podgrzać wodę zaczynając od 60°C. 

Nasz pozwala zagotować wodę w przedziale: 80°C – herbata zielona, 85°C – herbata owocowa (czerwona), 90°C- herbata ulung (niebieska), 100°C – herbata czarna. Dla 95°C przewidziano możliwość zaparzenia kawy. Szwajcarkom to nie wystarcza, ale Mojej Rodzinie już tak.

Jest nawet opcja podtrzymywania ustalonej temperatury, ale tutaj już nawet ja, żadna tam ekolożka, buntuję się przeciw ponadprogramowemu ciągnięciu mocy. Przycisk jest – możesz korzystać.

Jedynym mankamentem naszego modelu czajnika, jest słaba widoczność poziomu wody. Na zdjęciach chyba widać, że tego za bardzo nie widać.

czajnik 004

 

Rozgadałam się. Gdyby któraś z Was właśnie wybierała się po czajnik, to może Ją natchnęłam.

Polecam zakup czajnika z regulacją temperatury tym, którzy trochę bardziej przejmują się odpowiednim parzeniem herbaty (a wiem, że wcale nie jest takich osób mało) lub np. jako prezent ślubny lub na nowe mieszkanie.

Przejrzałam porównywarkę cenową, która twierdzi, że najtańszy jest Zelmer (150 -160 zł), natomiast większość modeli to wydatek 200-300 zł (nie mało, ale to przecież zakup na dłuższy okres czasu). „Wypasiony czajnik” potrafi kosztować ponad 1000 zł!

czajniki

Na koniec jeszcze ciekawostka. Wypowiedź z końca XIX wieku – Francuzki, baronowej Staffe, która była min. autorką książki „Zwyczaje towarzyskie”.

 

Zielona herbata (z młodych listków) jest château-lafite* Chińczyków. Pija się ją wyłącznie w arystokratycznych domach, dla których jest ona zbierana w specjalny sposób – przez dzieci lub dziewice w rękawiczkach. Niższe klasy muszą zadowolić się czarną herbatą, której jest dużo i można ją bez trudu nabyć na ulicach.

 

To mamy jeszcze jeden argument za zieloną herbatą – można się poczuć jak arystokracja, przynajmniej ta chińska.

 

Życzę Wszystkim dobrej herbaty!

 

 


„Królewskie wino” – Château Lafite Rothschild

 

Poprzedni wpis
Następny wpis