Nóż w tornistrze, głuchy telefon oraz inne absurdy i ciekawostki szwajcarskiej szkoły.

Gdy zaczęłam wypisywać rzeczy, które zaskoczyły nas w szwajcarskiej szkole i przedszkolu okazało się, że lista jest na tyle długa, że wpisy postanowiłam podzielić na części. Dzisiaj pierwsza z nich. Może mało zaskakująca, bo wspominałam już o nich na blogu, ale spokojnie – to tylko przygrywka do kolejnych postów z tej serii. :)

 

Obiad podano

O tym, że przerwa na lunch przysługuje w Szwajcarii nie tylko pracownikom wspominałam wielokrotnie. Obiad, który trzeba podać w okolicach godziny 12-12.30 potrafi skutecznie rozwalić plan dnia nawet niepracującym lub pracującym w domu rodzicom. Stołówek nie ma. Świetlic nie ma. Małe szkraby już od przedszkola wracają do domu na 1,5 h przerwę obiadową. Ja tego nie zdążyłam doświadczyć, ale zawsze mi się marzyło przedszkole od 8 do 16. Bez żadnej przerwy. W Szwajcarii tak pracują tylko płatne żłobki. Pewnie dlatego, że takiego berbecia trudno by było odesłać na obiad do domu.

 

Przemarsz wojsk

W poście Czym Matka Polka w Szwajcarii się stresowała? przyznawałam się do mojego trudnego oswajania się ze szwajcarską rutyną przedszkolną. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość – rodzic jest odciążany. ;) Dziecko drogę między przedszkolem/szkołą a domem pokonuje samo. Czyli rodzic w kuchni szykuje posiłek, a tu taki 4-latek w 1,5 h dociera do domu, zjada obiadek i wraca do przedszkola. Marszruta i rygor niemalże wojskowy. Samodzielnie. Bez względu na pogodę. Bez względu na ilość przecznic, zebr i poboczy. No trochę przesadzam z tą ilością przecznic. Przedszkola i szkoły pierwszego stopnia są na tyle gęsto rozsiane, że odległość jaką mają do pokonania dzieci, teoretycznie nie powinna przekraczać 1 km. Czasami teoretycznie – my mamy dalej. Większość kolegów naszych synów ma dalej. :?

 

Nóż w tornistrze

Gdy Bartuś miał około 4 lat dostał od Dziadka plastikowy pistolet na wodę. Zabrał go ze sobą do przedszkola. Ile ja się nasłuchałam o tym, że do przedszkola nie można przynosić imitacji broni. Skończyło się na przeprosinach i bukiecie kwiatów. Gdy Bartuś miał 7 lat, przyniósł ze szkoły list w którym nauczycielka informowała, że tego i tego dnia dzieci mają do szkoły przynieść ostre noże. Na tyle ostre i na tyle duże aby ciąć i wycinać nimi w rzepie. Czy ktoś z Was próbował kiedyś pokroić rzepę? A rzeźbić w rzepie? Zapewniam, że dynia to przy tym pikuś. Noże mieli przynieść wszyscy uczniowie z klas od 1 do 3. A teraz wyobraźcie sobie te dziesiątki dzieci z ostrymi nożami w tornistrach. Po co komu imitacja broni… I tak rok w rok – bo tradycja w Szwajcarii to rzecz święta. A w naszej gminie tradycją jest wycinanie lampionów z rzepy.

 

Głuchy telefon

To pewnie nie te czasy i dzieci już się tak nie bawią. Za to w Szwajcarii bawią się tak rodzice. Na początku roku szkolnego dostajemy piękną grafikę. Na szczycie widnieje nazwisko wychowawcy klasy. Poniżej dwa słupki nazwisk wraz z numerami telefonów.* Na końcu ponownie dane wychowawcy wraz z telefonem. Przykład użycia. Klasa miała iść na wycieczkę do lasu, ale ze względu na brzydką pogodę nauczyciel postanowił odwołać wycieczkę. Dzwoni wtedy do rodziców widniejących na szczytach list i zaczyna zabawę. Rodzic A dzwoni do rodzica B, B dzwoni do C… na koniec rodzic Z dzwoni do wychowawcy i mówi jaka wiadomość do niego dotarła. Zabawa odbywa się w 2 grupach. Nie wiem, która wygrywa – ta która popełni najmniej błędów, czy ta która na koniec uzyska najbardziej absurdalny komunikat. ;)

 

Oczywiście jak zawsze w przypadku Szwajcarii należy pamiętać, że ogromne znaczenie ma miejsce zamieszkania. Nie chodzi tylko o kanton. W przypadku szkół i przedszkoli ogromny wpływ na organizację tych instytucji ma także gmina. Zapewniam jednak, że to nie jest tak, że mamy szczęście mieszkać w wyjątkowo twórczej gminie. W następnym wpisie z tej serii skupię się na ocenach. Możecie już dzisiaj typować, która ocena jest lepsza -5 czy 5-?

 

 


*U nas klasy są liczne i dzielone są na dwie grupy. W mniejszych klasach zabawa pozbawiona jest szczypty rywalizacji i odbywa się w ramach jednej grupy. ;) Niech smaczku zabawie doda jeszcze jeden fakt – olbrzymia ilość obcokrajowców. I każdy mówi lub próbuje mówić po niemiecku. Co tam po niemiecku, od czego mamy język szwajcarski!

  • lakierowa maniaczka

    Całkiem inaczej niZ w Polsce :-)

  • Iza

    A jakie mogą być udogodnienia poza wytyczonymi ścieżkami rowerowymi – pytam, bo jako kierowca nie mam o tym zielonego pojęcia. :?

  • Iza

    Nie jest to łatwe, ale muszę przyznać, że tutaj kierowcy są bardzo uczuleni na gromadki dzieci wędrujące do przedszkola czy szkoły. Zwalniają, przepuszczają na pasach i generalnie wolą przesadzić z ostrożnością niż odwrotnie, zapewne także dlatego, że albo sami kiedyś tak wędrowali, albo dzisiaj ich dzieci lub wnuki tak wędrują. :)

  • Co do samodzielnych powrotów – w wieku 8-9 lat to świetny pomysł, a dziecko uczy się samodzielności, ale jak sobie pomyślę, że znacznie młodsze dzieci muszą odbywać takie wędrówki w samotności to aż włos na głowie się jeży. :P

  • Przemek

    Szwajcaria to trochę inny kraj :) Chętnie przeczytałbym jakiś post o udogodnieniach dla rowerzystów :)

  • Rae

    Od pierwszej klasy szkoły podstawowej chodziłam sama, prawie 2 km, z kluczem na szyi. Po powrocie do domu nie było tam jeszcze nikogo, chyba, że tata akurat miał nocną zmianę – to był i odsypiał nockę ;) Obie babcie już chyba wtedy nie pracowały, ale na pewno nie opiekowały się nami, dopiero z moim najmłodszym bratem babcia zostawała. A w pierwszej klasie chyba nie miałam lekcji na późniejszą godzinę, ale już w drugiej tak, na 13 z minutami dwa razy w tygodniu, reszta rano ;)
    Rejonizacja w szkołach jest – ale dla rodziców i dzieci jest to raczej prawo niż obowiązek. Tzn do szkoły rejonowej mają obowiązek przyjąć dziecko zamieszkałe w rejonie. Szkół prywatnych to siłą rzeczy w ogóle nie dotyczy, a i z publicznymi jest tak, że na wniosek rodziców/opiekunów można zapisać dziecko do innej szkoły niż rejonowa, o ile mają w niej miejsca.
    W Waszym przypadku, oj tak, przerwa obiadowa sporo utrudnia ;)

  • Iza

    To jest genialne ;D Uwielbiam takie historie – pani się nagada, ale mleko w towarzystwie surowych warzyw będzie nieustająco podawane… To podchodzi pod testy na żywych organizmach – dzieci i nauczycielki. ;)

  • Ja właśnie wczoraj zszokowałam tą historią moją mamę ☺

  • Iza

    Podejrzewam, że to pozostałość czasów, kiedy kobieta miała zajmować się tylko domem…

  • Iza

    Te mamy, które ja znam i które pracują mają akurat wsparcie w postaci babć. Tutaj bardzo często rodzice mieszkają blisko dziadków. Równie często, chociaż jeden z rodziców ma blisko do pracy i na lunch wraca do domu. Szwajcarzy są bardzo mobilni – przeprowadzki np. wraz ze zmianą pracy to nic nadzwyczajnego. Dla rodziców, którzy cały dzień są poza domem pozostaje usługa Tagesmutter.

  • Iza

    Taki mam plan. :) Chociaż jak zaczynam pisać, to tyle rzeczy przychodzi mi do głowy, że połowę zapomnę nim zdążę zapisać. ;)

  • Iza

    Jak jestem w Polsce na jakimś babskim spotkaniu i w towarzystwie jest "nowa mama", to prędzej czy później, któraś koleżanka zagaduje do niej (wytykając mnie palcem) ;) "a wiesz, że u nich w Szwajcarii… " Tak – samodzielne chodzenie robi furorę. ;)
    Szczerze mówiąc nie wiem, co się dzieje gdy informacja jest skrajnie inna od tej nadanej przez nauczyciela. ;) Podejrzewam, że ma pełne ręce roboty i cierpliwie, zaczynając od dołu listy, dzwoni i sprawdza. My kiedyś mieliśmy taką sytuację, że zadzwonił jeszcze raz jakiś inny rodzic – może został wytypowany do poprawnego przekazania obwieszczenia.
    My na temat noży rozmawialiśmy ze wszystkimi nauczycielami, z jakimi mieliśmy kontakt, a wycinanie lampionów zaczyna się od pierwszej klasy przedszkola! Wszyscy mają tą samą odpowiedź – tradycja. A poza tym nic się do tej pory nie stało. To samo usłyszałam o walkach na szyszki – zawsze tak było…

  • Iza

    Jest przepis i ktoś pilnował aby go przestrzegać – jestem za. :) Swoją drogą, gdybym mieszkała np. na osiedlu Moich Rodziców to nawet 7-latka bym samego do szkoły nie puściła. Wszystko zależy od drogi i jej otoczenia. Ja do szkoły miałam bardzo blisko, ale tuż przy szkole były garaże. Kiedyś, gdy szłam do szkoły z koleżanką, stanął przed nami facet, rozchylił płaszcz i… :( Zwiewałyśmy z piskiem i bardzo długo chodziłyśmy okrężną drogą. Myślę, że byłam wtedy w 4 klasie, bo już chodziłam sama. Nie pamiętam abyśmy komukolwiek o tym powiedziały. Przecież wiedziałyśmy, że to niebezpieczne dla nas, ale chyba przyznanie się, że widziałyśmy gołego faceta było zbyt wstydliwe, aby powiedzieć o tym dorosłym. :( Nikt nas przed takimi sytuacjami nie ostrzegał, nie uczulał. To był raczej instynkt niż wiedza, aby uciekać.

  • Iza

    Twoja reakcja jest jak najbardziej prawidłowa. :) Dla wszystkich mam "nie Szwajcarek" to jest olbrzymi problem. Ja np. pomimo upomnień i tak podwoziłam chłopaków. Przy Igorku było trochę lżej, bo obok mieszka chłopiec, z którym Mały pokonywał drogę. Ale potrafiłam do samochodu wsadzić obu i podwieźć do przedszkola (to Marko przychodził po Igorka) za co dostawałam ochrzan od mamy chłopca, która mi tłumaczyła, że ona chodziła i jej dziecko też ma się takiej samodzielności nauczyć. Jedna z moich najbliższych koleżanek naprawdę śledziła córkę! :) Jestem pewna, że kobiety, które się tutaj nie wychowały i same nie przeszły "procedury usamodzielniania" mają nieprawdopodobne historie do opowiedzenia. ;)

  • Iza

    Ja szkołę podstawową widziałam z okien, dzieliły nas dwa boiska i garaże. W pierwszych klasach do szkoły odprowadzała mnie babcia. Specjalnie, codziennie do nas przyjeżdżała. Ale ja chodziłam po południu, więc może chodziło też o to, że od rana miałyśmy z siostrą opiekę.
    Słyszałam o tym, że w Polsce jest rejonizacja. Tutaj także i tak przestrzegana, że chyba bym nie mogła wozić gdzieś indziej chłopaków. Poza tym, ze względu na obiadowe powroty, to by raczej był "strzał w stopę". ;)

  • Historia genialna, muszę podsunąć żonie – czekam na następne!

    Z polskich absurdów, są dni, w których dziecko dostaje surowe warzywa oraz mleko w kartoniku (a obiad swoją drogą). Za każdym razem wychowawczyni prosi o niepopijanie surowych warzyw mlekiem :) bo skutki są bardzo proste do przewidzenia (choć nie dla dzieciaków) ;)

  • O kurcze, też jestem zszokowana, że takie małe dziecko samo idzie do domu. Ciekawe czemu nie mają stołówek w szkole.

  • Zaskoczyło mnie najbardziej to, że dziecko 4 letnie idzie do domu samo. A o tych wszystkich pedofilach, których może spotkać po drodze czy ktoś pomyślał. Jak zdarzy się im coś takiego po raz pierwszy to narobi się raban. Iza czyli mama, która ma dzieci teoretycznie nie może pracować skoro nie ma stołowek. Zaskoczyła mnie ta Szwajcaria. Pozdrawiam serdecznie beata

  • Sporo nowych rzeczy sie dzis dowiedzialam! :) Supet tekst! Wiecej takich! :)

  • Historia o samodzielnym chodzeniu do szkoły od jakiegoś czasu pojawia się regularnie w różnych rozmowach z różnymi mamami. "A wiecie, że w Szwajcarii… " – zaczynam opowieść, a znajome mamy truchleją. Mam do szkoły równy kilometr, w dodatku w linii zupełnie prostej, wystarczyłoby Miśka zwrócić twarzą w odpowiednią stronę i powiedzieć, żeby szedł. Po drodze są 3 przecznice, z których żadna nie jest ruchliwa (tzn. oprócz tej ostatniej w godzinach gdy rodzice podwożą dzieci). Ale Misiek uwielbia szkolną świetlicę, więc na razie nie chcemy go z niej zabierać. Głuchy telefon wydał mi się uroczym rozwiązaniem. Co się robi, gdy informacja na wyjściu znacznie się różni od tej na wejściu? Co do noża – na zajęciach z robienia kanapek dzieci miały mieć pokrojony chleb i plastikowe nożyki do smarowania, nic innego by nie przeszło.

  • Hyhy z tą przerwą obiadową u nas by nie przeszło. Pamiętam jak musiałam odprowadzać Antka prawie przez cały rok do 1 klasy bo nie skończył 7 lat. Dzień po urodzinach mógł już chodzić sam ;)

  • Szczęka mi spadła do podłogi i dopiero ją zbieram ;) Głuchy telefon mnie ubawił, noże zastanowiły, ale dreptanie przedszkolaka w pojedynkę mnie przeraziły. Nigdy nie zaliczałam się do matek-kwok, ale chyba bym za każdym razem śledziła dziecko i wyskakiwała zza przydrożnych drzew, albo ukrywała w koszach na śmieci :D

  • Rae

    U nas w przedszkolu też jest absurdalna (dla nas) godzina obiadu – 12:30. Moje dziecko nijak o tej porze nie jest głodne, zwłaszcza po śniadaniu, które jest o 10, i na pewno obiadu nie zje i koniec, nie ma takiej opcji. Od zawsze obiad – jako główny posiłek – jadaliśmy razem, późnym popołudniem, jak mąż wrócił z pracy. Ale wiem, że takie godziny posiłków nadal są popularne i w przedszkolach i szkołach (z tego wynika, że w szkole też prawdopodobnie ze stołówki zrezygnujemy).
    Co do tego chodzenia samodzielnego do szkoły/przedszkola. Za moich czasów też nikt raczej do szkoły dziecka już nie odprowadzał (aczkolwiek do przedszkola tak), chodziliśmy sami, klucz na szyi i w ogóle. Ale z tego co wiem teraz absolutnie nie ma takiej możliwości, żeby dzieci w klasach 1-3 przyszły same do szkoły i same z niej wyszły. Pierwszy przypadek prawdopodobnie musiałby być zgłoszony odpowiednim służbom, a w drugim szkoła nie ma prawa dziecka wypuścić samego. Mamy zatem totalną odwrotność tego co w Szwajcarii ;) W naszym przypadku przedszkole jest prawie dokładnie 10 km od domu, szkoła tylko ciut bliżej. Nie ma w ogóle możliwości, żeby młody dostawał się tam sam – nawet, co trochę mnie przeraża, jak będzie już starszy, bo akurat od nas komunikacja publiczna w tamtym kierunku jest bardzo słaba. Tyle, że to nasz wybór, rejonową szkołę i przedszkole mamy pod nosem niemalże.

  • LAKIEROWA MANIACZKA (20.9.15)

    Całkiem inaczej niZ w Polsce :-)

  • MARTA ŚWIDERSKA (20.9.15)

    Co do samodzielnych powrotów – w wieku 8-9 lat to świetny pomysł, a dziecko uczy się samodzielności, ale jak sobie pomyślę, że znacznie młodsze dzieci muszą odbywać takie wędrówki w samotności to aż włos na głowie się jeży. :P

    • Iza (Mod)

      Nie jest to łatwe, ale muszę przyznać, że tutaj kierowcy są bardzo uczuleni na gromadki dzieci wędrujące do przedszkola czy szkoły. Zwalniają, przepuszczają na pasach i generalnie wolą przesadzić z ostrożnością niż odwrotnie, zapewne także dlatego, że albo sami kiedyś tak wędrowali, albo dzisiaj ich dzieci lub wnuki tak wędrują. :)

  • PRZEMEK (20.9.15)

    Szwajcaria to trochę inny kraj :) Chętnie przeczytałbym jakiś post o udogodnieniach dla rowerzystów :)

    • Iza (Mod)

      A jakie mogą być udogodnienia poza wytyczonymi ścieżkami rowerowymi – pytam, bo jako kierowca nie mam o tym zielonego pojęcia. :?

  • RAE (29.8.15)

    Od pierwszej klasy szkoły podstawowej chodziłam sama, prawie 2 km, z kluczem na szyi. Po powrocie do domu nie było tam jeszcze nikogo, chyba, że tata akurat miał nocną zmianę – to był i odsypiał nockę ;) Obie babcie już chyba wtedy nie pracowały, ale na pewno nie opiekowały się nami, dopiero z moim najmłodszym bratem babcia zostawała. A w pierwszej klasie chyba nie miałam lekcji na późniejszą godzinę, ale już w drugiej tak, na 13 z minutami dwa razy w tygodniu, reszta rano ;)
    Rejonizacja w szkołach jest – ale dla rodziców i dzieci jest to raczej prawo niż obowiązek. Tzn do szkoły rejonowej mają obowiązek przyjąć dziecko zamieszkałe w rejonie. Szkół prywatnych to siłą rzeczy w ogóle nie dotyczy, a i z publicznymi jest tak, że na wniosek rodziców/opiekunów można zapisać dziecko do innej szkoły niż rejonowa, o ile mają w niej miejsca.
    W Waszym przypadku, oj tak, przerwa obiadowa sporo utrudnia ;)

  • SOSNOWA 11 (29.8.15)

    Ja właśnie wczoraj zszokowałam tą historią moją mamę ☺

  • RAE (25.8.15)

    U nas w przedszkolu też jest absurdalna (dla nas) godzina obiadu – 12:30. Moje dziecko nijak o tej porze nie jest głodne, zwłaszcza po śniadaniu, które jest o 10, i na pewno obiadu nie zje i koniec, nie ma takiej opcji. Od zawsze obiad – jako główny posiłek – jadaliśmy razem, późnym popołudniem, jak mąż wrócił z pracy. Ale wiem, że takie godziny posiłków nadal są popularne i w przedszkolach i szkołach (z tego wynika, że w szkole też prawdopodobnie ze stołówki zrezygnujemy).
    Co do tego chodzenia samodzielnego do szkoły/przedszkola. Za moich czasów też nikt raczej do szkoły dziecka już nie odprowadzał (aczkolwiek do przedszkola tak), chodziliśmy sami, klucz na szyi i w ogóle. Ale z tego co wiem teraz absolutnie nie ma takiej możliwości, żeby dzieci w klasach 1-3 przyszły same do szkoły i same z niej wyszły. Pierwszy przypadek prawdopodobnie musiałby być zgłoszony odpowiednim służbom, a w drugim szkoła nie ma prawa dziecka wypuścić samego. Mamy zatem totalną odwrotność tego co w Szwajcarii ;) W naszym przypadku przedszkole jest prawie dokładnie 10 km od domu, szkoła tylko ciut bliżej. Nie ma w ogóle możliwości, żeby młody dostawał się tam sam – nawet, co trochę mnie przeraża, jak będzie już starszy, bo akurat od nas komunikacja publiczna w tamtym kierunku jest bardzo słaba. Tyle, że to nasz wybór, rejonową szkołę i przedszkole mamy pod nosem niemalże.

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      Ja szkołę podstawową widziałam z okien, dzieliły nas dwa boiska i garaże. W pierwszych klasach do szkoły odprowadzała mnie babcia. Specjalnie, codziennie do nas przyjeżdżała. Ale ja chodziłam po południu, więc może chodziło też o to, że od rana miałyśmy z siostrą opiekę.
      Słyszałam o tym, że w Polsce jest rejonizacja. Tutaj także i tak przestrzegana, że chyba bym nie mogła wozić gdzieś indziej chłopaków. Poza tym, ze względu na obiadowe powroty, to by raczej był „strzał w stopę”. ;)

      • RAE (29.8.15)

        Od pierwszej klasy szkoły podstawowej chodziłam sama, prawie 2 km, z kluczem na szyi. Po powrocie do domu nie było tam jeszcze nikogo, chyba, że tata akurat miał nocną zmianę – to był i odsypiał nockę ;) Obie babcie już chyba wtedy nie pracowały, ale na pewno nie opiekowały się nami, dopiero z moim najmłodszym bratem babcia zostawała. A w pierwszej klasie chyba nie miałam lekcji na późniejszą godzinę, ale już w drugiej tak, na 13 z minutami dwa razy w tygodniu, reszta rano ;)
        Rejonizacja w szkołach jest – ale dla rodziców i dzieci jest to raczej prawo niż obowiązek. Tzn do szkoły rejonowej mają obowiązek przyjąć dziecko zamieszkałe w rejonie. Szkół prywatnych to siłą rzeczy w ogóle nie dotyczy, a i z publicznymi jest tak, że na wniosek rodziców/opiekunów można zapisać dziecko do innej szkoły niż rejonowa, o ile mają w niej miejsca.
        W Waszym przypadku, oj tak, przerwa obiadowa sporo utrudnia ;)

  • MAMA GLOBTROTERKA (25.8.15)

    Szczęka mi spadła do podłogi i dopiero ją zbieram ;) Głuchy telefon mnie ubawił, noże zastanowiły, ale dreptanie przedszkolaka w pojedynkę mnie przeraziły. Nigdy nie zaliczałam się do matek-kwok, ale chyba bym za każdym razem śledziła dziecko i wyskakiwała zza przydrożnych drzew, albo ukrywała w koszach na śmieci :D

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      Twoja reakcja jest jak najbardziej prawidłowa. :) Dla wszystkich mam „nie Szwajcarek” to jest olbrzymi problem. Ja np. pomimo upomnień i tak podwoziłam chłopaków. Przy Igorku było trochę lżej, bo obok mieszka chłopiec, z którym Mały pokonywał drogę. Ale potrafiłam do samochodu wsadzić obu i podwieźć do przedszkola (to Marko przychodził po Igorka) za co dostawałam ochrzan od mamy chłopca, która mi tłumaczyła, że ona chodziła i jej dziecko też ma się takiej samodzielności nauczyć. Jedna z moich najbliższych koleżanek naprawdę śledziła córkę! :) Jestem pewna, że kobiety, które się tutaj nie wychowały i same nie przeszły „procedury usamodzielniania” mają nieprawdopodobne historie do opowiedzenia. ;)

  • MAGDA (25.8.15)

    Hyhy z tą przerwą obiadową u nas by nie przeszło. Pamiętam jak musiałam odprowadzać Antka prawie przez cały rok do 1 klasy bo nie skończył 7 lat. Dzień po urodzinach mógł już chodzić sam ;)

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      Jest przepis i ktoś pilnował aby go przestrzegać – jestem za. :) Swoją drogą, gdybym mieszkała np. na osiedlu Moich Rodziców to nawet 7-latka bym samego do szkoły nie puściła. Wszystko zależy od drogi i jej otoczenia. Ja do szkoły miałam bardzo blisko, ale tuż przy szkole były garaże. Kiedyś, gdy szłam do szkoły z koleżanką, stanął przed nami facet, rozchylił płaszcz i… :( Zwiewałyśmy z piskiem i bardzo długo chodziłyśmy okrężną drogą. Myślę, że byłam wtedy w 4 klasie, bo już chodziłam sama. Nie pamiętam abyśmy komukolwiek o tym powiedziały. Przecież wiedziałyśmy, że to niebezpieczne dla nas, ale chyba przyznanie się, że widziałyśmy gołego faceta było zbyt wstydliwe, aby powiedzieć o tym dorosłym. :( Nikt nas przed takimi sytuacjami nie ostrzegał, nie uczulał. To był raczej instynkt niż wiedza, aby uciekać.

  • SOSNOWA 11 (25.8.15)

    Historia o samodzielnym chodzeniu do szkoły od jakiegoś czasu pojawia się regularnie w różnych rozmowach z różnymi mamami. „A wiecie, że w Szwajcarii… ” – zaczynam opowieść, a znajome mamy truchleją. Mam do szkoły równy kilometr, w dodatku w linii zupełnie prostej, wystarczyłoby Miśka zwrócić twarzą w odpowiednią stronę i powiedzieć, żeby szedł. Po drodze są 3 przecznice, z których żadna nie jest ruchliwa (tzn. oprócz tej ostatniej w godzinach gdy rodzice podwożą dzieci). Ale Misiek uwielbia szkolną świetlicę, więc na razie nie chcemy go z niej zabierać. Głuchy telefon wydał mi się uroczym rozwiązaniem. Co się robi, gdy informacja na wyjściu znacznie się różni od tej na wejściu? Co do noża – na zajęciach z robienia kanapek dzieci miały mieć pokrojony chleb i plastikowe nożyki do smarowania, nic innego by nie przeszło.

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      Jak jestem w Polsce na jakimś babskim spotkaniu i w towarzystwie jest „nowa mama”, to prędzej czy później, któraś koleżanka zagaduje do niej (wytykając mnie palcem) ;) „a wiesz, że u nich w Szwajcarii… ” Tak – samodzielne chodzenie robi furorę. ;)

      Szczerze mówiąc nie wiem, co się dzieje gdy informacja jest skrajnie inna od tej nadanej przez nauczyciela. ;) Podejrzewam, że ma pełne ręce roboty i cierpliwie, zaczynając od dołu listy, dzwoni i sprawdza. My kiedyś mieliśmy taką sytuację, że zadzwonił jeszcze raz jakiś inny rodzic – może został wytypowany do poprawnego przekazania obwieszczenia.

      My na temat noży rozmawialiśmy ze wszystkimi nauczycielami, z jakimi mieliśmy kontakt, a wycinanie lampionów zaczyna się od pierwszej klasy przedszkola! Wszyscy mają tą samą odpowiedź – tradycja. A poza tym nic się do tej pory nie stało. To samo usłyszałam o walkach na szyszki – zawsze tak było…

      • SOSNOWA 11 (29.8.15)

        Ja właśnie wczoraj zszokowałam tą historią moją mamę ☺

  • JOASIA (25.8.15)

    Sporo nowych rzeczy sie dzis dowiedzialam! :) Supet tekst! Wiecej takich! :)

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      Taki mam plan. :) Chociaż jak zaczynam pisać, to tyle rzeczy przychodzi mi do głowy, że połowę zapomnę nim zdążę zapisać. ;)

  • BEATA REDZIMSKA (26.8.15)

    Zaskoczyło mnie najbardziej to, że dziecko 4 letnie idzie do domu samo. A o tych wszystkich pedofilach, których może spotkać po drodze czy ktoś pomyślał. Jak zdarzy się im coś takiego po raz pierwszy to narobi się raban. Iza czyli mama, która ma dzieci teoretycznie nie może pracować skoro nie ma stołowek. Zaskoczyła mnie ta Szwajcaria. Pozdrawiam serdecznie beata

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      Te mamy, które ja znam i które pracują mają akurat wsparcie w postaci babć. Tutaj bardzo często rodzice mieszkają blisko dziadków. Równie często, chociaż jeden z rodziców ma blisko do pracy i na lunch wraca do domu. Szwajcarzy są bardzo mobilni – przeprowadzki np. wraz ze zmianą pracy to nic nadzwyczajnego. Dla rodziców, którzy cały dzień są poza domem pozostaje usługa Tagesmutter.

  • LIFESTYLERKA (27.8.15)

    O kurcze, też jestem zszokowana, że takie małe dziecko samo idzie do domu. Ciekawe czemu nie mają stołówek w szkole.

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      Podejrzewam, że to pozostałość czasów, kiedy kobieta miała zajmować się tylko domem…

  • BOOKWORM (28.8.15)

    Historia genialna, muszę podsunąć żonie – czekam na następne!
    Z polskich absurdów, są dni, w których dziecko dostaje surowe warzywa oraz mleko w kartoniku (a obiad swoją drogą). Za każdym razem wychowawczyni prosi o niepopijanie surowych warzyw mlekiem :) bo skutki są bardzo proste do przewidzenia (choć nie dla dzieciaków) ;)

    • IZA [Mod] (29.8.15)

      To jest genialne ;D Uwielbiam takie historie – pani się nagada, ale mleko w towarzystwie surowych warzyw będzie nieustająco podawane… To podchodzi pod testy na żywych organizmach – dzieci i nauczycielki. ;)