Top

Lubicie kwiaty? Kwiaty w domu? Rośliny pokojowe (nie muszą być dosłownie kwitnące), które w prosty a zarazem magiczny sposób potrafią oswoić przestrzeń, ozdobić ją, nadać charakteru. Ja przechodziłam różne stadia. Teraz staram się osiągnąć poziom równowagi.

Pierwsze kwiaty w doniczkach zaczęłam hodować w naszym mieszkaniu w Polsce. Gdy przeprowadzaliśmy się do Szwajcarii, wśród kartonów i mebli stały trzy duże rośliny, które postanowiłam zabrać wraz z resztą dobytku. Tuż po przyjeździe, dostałam bon do kwiaciarni. Dokupiłam wtedy kolejne cztery, duże rośliny. Wszystkie przetrwały lata i przeprowadzkę na nowe miejsce. Jednak dopiero w nowym mieszkaniu na serio rozszalałam się kwiatowo.

W pewnym momencie ilość doniczek w całym naszym mieszkaniu przekraczała 40 sztuk. Wtedy się opamiętałam. Właściwie nastąpiło to po tym, jak poprosiłam znajomych o opiekę nad naszymi roślinami. A Oni po 3 tygodniach ich doglądania, żartem rzucili uwagę, że było to spore wyzwanie i ciężka robota fizyczna. Do roślin w mieszkaniu dochodziła też opieka nad roślinami na tarasie.

Wtedy pierwszy raz bardzo krytycznie przyjrzałam się naszym zielonym współlokatorom. Pozbyłam się przede wszystkim małych roślinek, które i tak ginęły w naszej przestrzeni. Ale również kilku bardzo wyrośniętych roślin, bo zdałam sobie sprawę z tego, jak dużo zajmują powierzchni. Mieszkanie „odetchnęło”, ale ja czułam się długi czas dziwnie.

Wszyscy, którzy nas odwiedzali, zawsze zachwycali się zielenią naszego mieszkania, a mnie napawało to ogromną dumą. Jednak codzienna pielęgnacja dużej ilości roślin zabiera sporo czasu. To także istotny wydatek, np. gdy trzeba kupić kolejną większą doniczkę. Zakup nawozów czy środków ochrony – zawsze przyprawia mnie o zawrót głowy. Czy w Polsce też ich ceny są tak wysokie?

U nas do tego wszystkiego dochodzi taras. Uprawa ogrodu w doniczkach jest nie jest łatwa. Szczerze mówiąc, ja po 7 latach prób jestem mocno zniechęcona i chyba rozczarowana. Rośliny posadzone w donicach o wiele gorzej znoszą trudne warunki pogodowe, niż te posadzone w gruncie. Nawet „pewniaki” potrafią zawieść.

Jednak największego spustoszenia dokonałam sama. Chyba na początku tego roku…Zauważyłam w domu jakieś małe robaczki. Szukałam informacji, zasięgałam języka i wypadało na to, że prawdopodobnie musiałam przynieść do domu jakąś zainfekowaną roślinę, która mogła już zarazić kolejne. Gdy różne metody i środki nie zadziałały, zaczęłam „na oślep” typować winowajców.

Myślę, że przed czystką mieliśmy w domu jakieś 20 roślin. Na koniec zostały 3! Wiem – barbarzyństwo. Nie usprawiedliwia mnie nawet fakt, że zbiegło się to z fatalną formą psychiczną. Wtedy byłam tak zdesperowana, że uznałam, że to jedyny sposób na pozbycie się uciążliwych owadów. Nic innego nie zadziałało.

Ostatnią ofiarą była ZAMIA. Kwiat, który pojawił się u nas wraz z przeprowadzką do Szwajcarii i od samego początku odwdzięczał się kwitnieniem. Potrafił zakwitnąć trzema kwiatami, często nawet dwa razy w do roku. Miałam ogromnego kaca moralnego wyrzucając go, ale wtedy wydawało mi się, że to może być ostatni winowajca. Do dzisiaj nie wiem czy rzeczywiście chodziło o chorobę roślin i ewentualnie, które rośliny rzeczywiście zarażały.

Dzisiaj w całym mieszkaniu mam 9 roślinek, za to pełną komórkę pustych donic. Czasami kusi mnie aby pojechać do sklepu ogrodniczego i przywieźć jakiś świeży i piękny okaz, ale jednocześnie coś mnie powstrzymuje. Wiem już, że taka miłość potrafi być trudna, a nawet bolesna. Ale dom całkowicie pozbawiony roślin, to także nie mój klimat.

 

A jak wygląda Wasza historia kwiatowa?  Jakie macie podejście do zieleni w domu -minimalistyczne czy hedonistyczne? Jakie są Wasze ulubione rośliny domowe?

Poprzedni wpis
Następny wpis