Igorek powiedział… (prawo)

Od zeszłego tygodnia próbuję stworzyć wpis obrazkowy. Nie przywieźliśmy z Kuby zbyt dużej ilości zdjęć. Dobrze, że w ogóle coś przywieźliśmy, bo przy tym pechu, który nas prześladuje to i tak będzie cud, jeżeli cokolwiek Wam pokażę. Nie mogę stworzyć posta, bo ciągle nie przyzwyczaiłam się do braku swojego podstawowego narzędzia jakim był mój iMac.

Wiem, to wstyd, ale byłam z nim emocjonalnie związana. Ciągle nie mogę pogodzić się z faktem, że nie stoi już na moim biurku… Wspominałam przed świętami, że komputer mi padł. Zakładałam, że to dysk i jeszcze bardziej optymistycznie zakładałam, że to sprawa do uratowania. Cóż, podobno nie, a właściwie tak jak w przypadku dysku ze zdjęciami, podobno naprawa nie była opłacalna.

Rzeczywiście, kwoty które padały zadecydowały o tym, że mój iMac już nie wrócił ze mną do domu. A ja uważam, że 4 lata, to stanowczo zbyt mało na współpracę, do tego prawie od początku problemową. W tej chwili jestem obrażona na całą nowoczesną technologię. No ile można.

pasy

Zmieniając temat technologicznych katastrof…

Pod koniec roku trafiłam na blog BookWorm On The Run (bwotr.pl) i wciągnęłam się w bieganie. Ja, która nigdy nie biegała, pokonuję kolejne kilometry biegów i rozbiegów – wygodnie siedząc na kanapie. Wciągnęłam się, złapałam bakcyla, tylko forma fizyczna jeszcze za tym nie nadąża. Za to intelektualnie, szczególnie cotygodniowe rozbiegi służą mi znakomicie. Polecam z całego serca.

To właśnie na tym blogu, trafiłam dzisiaj na historyjkę o naszych dzielnych policjantach, którzy kolejny raz wykazując się ogromną odwagą, zatrzymali przestępcę i przykładnie go ukarali. To przypomniało mi pewną wymianę zdań z naszym Igorkiem, która wyśmienicie się z tematem komponuje.

 

Igorek powiedział… (prawo)

 

Jakiś czas temu postanowiłam pójść z Igorkiem na jego lekcje pianina. Połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli prywatny koncert ze spacerem. Gdy wieczorem wracaliśmy do domu, zdecydowałam się odrobinę skrócić drogę i nie dochodzić do przejścia dla pieszych.

 

Ulica była pusta, chwyciłam Igorka za rękę i szybkim krokiem przeszliśmy na jej drugą stronę. Jednak jak przystało na przezorną matkę mówię jednocześnie:

 

 – Igorku, ale jak będziesz sam, nie wolno tak robić. Musisz dojść do zebry i przejść na pasach.

 – Czyli jak jestem z tobą, to mogę łamać prawo, ale sam już nie. 

Usłyszałam głos własnego syna, wypowiedziany z tzw. szelmowskim uśmiechem.

 

Gdy w kolejnym tygodniu zawoziłam Igorka na salę gimnastyczną, Mały bohatersko oznajmił, że nie muszę po niego przyjeżdzać, bo on wróci sam, na nogach. Zgodziłam się, ale przy pożegnaniu przypominam:

 

 – Tylko pamiętaj, że musisz przechodzić na pasach.

Igorek westchnął i kiwając głową, oznajmił patrząc na mnie z politowaniem:

 – Mama, przecież ja nie będę łamał prawa.

 

Dobrze, że nie dodał „tak jak ty”. Cóż, może to kwestia szwajcarskiego powietrza którym nasi chłopcy od małego oddychają. We mnie za dużo jeszcze naszego ojczystego zostało, bo nie ma co udawać, ja czasami prawo łamię. Przykład, na szczęście nie najświeższy.

 


Mandat za przekroczenie prędkości dostałam. Na małej osiedlowej uliczce radar postawili. A ja nią kilka razy dziennie, zazwyczaj w pośpiechu, chłopaków na różne zajęcia wożę. O 2 kilometry dopuszczalną tolerancję przekroczyłam. A że tolerancja na ograniczeniu do 30 km/h niewielka jest, to łatwo nawet takiemu kierowcy jak ja ją przekroczyć. 40 Fr takie łamanie prawa w Szwajcarii kosztuje.

 

Udanego tygodnia Wam życzę, bez policyjnych wpadek oczywiście.

 

Poprzedni wpis
Następny wpis