Listopad. Co się u nas działo. Hanoi. Train Street.

Hanoi. Jak smakuje pies?

Chodząc po ulicach Hanoi można odnieść wrażenie, że głównym zajęciem mieszkańców jest kupowanie jedzenia, przyrządzanie jedzenia i… konsumowanie tegoż jedzenia. 

Ulice pełne są straganów z dobrem wszelkiego rodzaju. Kto tylko może ma swój sklepik lub punkt gastronomiczny (to chyba zbyt wyszukane słowo). A kto nie ma stałego miejsca, ten ze swoim „sklepem” chodzi po ulicach.

Tylko dlaczego są to tylko kobiety? Nie widziałam żadnego mężczyzny, który by dźwigał ciężkie kosze na swoich ramionach. A wiem, że są ciężkie, bo jedna z pań włożyła mi taką konstrukcję na ramiona. Sam kij jest już wystarczająco ciężki. Musi taki być, aby utrzymał ciężar wypełnionych koszy.

Rowery jako obwoźne sklepy, to zapewne awans w hierarchii straganowej. Niesamowita jest przy tym pomysłowość ludzi, bo czasami konstrukcje i obładowanie roweru budziły nasz szczery podziw, a nawet zdumienie. 

To co przed wyjazdem przeczytałam o wietnamskich przysmakach jest faktem. Na ulicznych straganach sprzedawane są np. baluty. Jaja z rozwiniętym w środku ptasim zarodkiem. Widziałam też psie korpusy obracające się na rożnie. Nie miałam serca robić takim „przysmakom” zdjęć, więc tym bardziej nie wiem – jak smakuje pies.  :-?

Generalnie można założyć, że w Wietnamie je się wszystko co się rusza, a nawet pełza. Jednak nie jest tak, że na każdym rogu można zamówić potrawkę ze szczura czy wino z węża. Ale nawet spacerując w ścisłym centrum można spotkać „posiłek” przywiązany do drzewa lub ulicznego słupa.  :-|

Jeżeli w Wietnamie istnieje instytucja sanepidu, to albo ma pełne ręce roboty, albo z bezradności te ręce rozkłada. I chociaż oglądaliśmy już podobne widoki, to przyznam, że nieustająco zadziwia mnie fakt, że ludzie w takich warunkach sprzedają, kupują i jedzą. I wyglądają przy tym na zdrowych i zadowolonych. A może u nas sanepid przesadza? 

Jednak na wszelki wypadek nie sprawdzaliśmy, czy nasze żołądki poradzą sobie z uliczną florą bakteryjną.

Chociaż wcześniejsze zdjęcia mogą temu przeczyć, to muszę zaznaczyć, że uwielbiam kuchnię wietnamską i chętnie bym tak jadła na codzień.  Wszystko co jedliśmy było smaczne, świeże i zazwyczaj pięknie prezentowało się na talerzu. Może poza deserami, które ani nie wyglądały, ani specjalnie nie smakowały.

O zrobieniu zdjęcia zazwyczaj przypominam sobie po, ewentualnie przed, ostatnim kęsem. Ale dzięki temu zjadam potrawy kiedy są jeszcze ciepłe.  O dwóch naszych ulubionych miejscach napiszę osobny post, bo naprawdę na niego zasługują. A tutaj wymienię kilka naszych ulubionych smaków:

  • klasyk, czyli zupa Pho Bo (wołowina) i Pho Ga (kurczak)
  • kolejny klasyk, czyli wszelkie wariacje ze smażonym makaronem (kocham)
  • bun cha – makaron ryżowy, wieprzowina, zioła, kiełki. Sami komponujemy i zalewamy sosem rybnym (rarytas!)
  • szpinak wodny – morning glory zamówiłam, bo spodobało mi się zdjęcie. Wyglądało jak fasolka posypana orzeszkami i smakowało świetnie (odkrycie!)
  • sajgonki (zawsze lubiłam surowe, a pokochałam te na parze)
  • no i kawa

Kawę zaczęłam popijać w październiku (tego roku!), gdy spędzaliśmy ferie jesienne u Mojej Siostry. Podobno w Wietnamie można wypić najlepszą kawę. Uczciwie nie mogę jeszcze tego stwierdzić, ale… kawę piłam kilka razy i nie wykrzywiało mnie (to już dobrze).   A zakochałam się w kawie z mrożonym mleczkiem kokosowym – no niebo w gębie!

 

Zdjęcia w galeriach można obejrzeć w powiększeniu. Bez bicia przyznaję – wszystkie były robione naszymi telefonami. No rozleniwiliśmy się.

 

Poprzedni wpis
Następny wpis
  • Rae

    A, ten stół z podgrzewaniem na środku. To jest świetny patent, mąż był niedawno w Szanghaju i właśnie o czymś takim opowiadał, bardzo mi się to podoba
    Co do jedzenia z ulicy, to się nie dziwię, że nie spróbowaliście – chociaż kusi trochę, prawda? Ale jednak ryzyko, że przez parę kęsów cały wyjazd będzie do… cóż I jeszcze psa jak psa, ale tych ptasich zarodków, bleeee…

    • Iza

      Taki grill w środku stołu pierwszy raz spotkaliśmy w Tokio. To fajna sprawa jak nie zależy Ci na czasie, bo to siłą rzeczy takie trochę celebrowanie jedzenia.
      Powiem Ci, że na ulicy gorzej się prezentują te okaleczone korpusy psów. Jajka, jeżeli są gotowane to wyglądają jak jajka a jak grillowane, to wystaje z nich trochę „wnętrzności” bo skorupka jest trochę odkruszana. Czasami wystaje patyczek, może łatwiej się takie je. :-?
      Pewnie na talerzu gorzej prezentuje się wnętrze jajka, bo po kawałku mięsa może się nie zorientujesz, ale tego embrionu to się przeoczyć nie da. Czytałam, że balut ma dużo białka i smakuje jak młoda wątróbka, ale jakoś mnie to nie przekonało do próbowania.

  • Szczerze powiedziawszy jak przeczytałam tytuł to nie wiedziałam czy czytać wpis, czy nie. Dzięki, że nie zrobiłaś zdjęć tym „przysmakom”. Wietnam zdecydowanie nie zalicza się do miejsc, które chciałabym kiedyś zobaczyć

    • Iza

      Wietnam jest piękny, a kuchnia jedna z najlepszych na świecie. W każdym kraju są jakieś dziwne „przysmaki”. Wiesz, że w Polsce do dzisiaj wytwarzają np. smalec z psa. Oczywiście to jest nielegalne, ale kiedyś czytałam artykuł, którego autor zdobył zaufanie mieszkańców jakiejś wioski (chyba gdzieś w okolicach Tatr) i oni się nie tylko przyznali do produkcji, ale mógł ten smalec kupić. Oni tam wierzą, że taki smalec coś tam leczy – nie pamiętam.
      Jest wiele szokujących „przysmaków” i wcale nie trzeba daleko szukać. Np. przysmak Sardynii – zgniły owczy ser z larwami much. W Islandii przysmakiem jest zgniłe mięso rekina. Mięso nawet na pół roku zakopuje się w ziemi i później zjada, podobno smród jest już wtedy straszliwy.
      A jeszcze jako ciekawostka, jak zaprosiliśmy do nas sąsiadów i podaliśmy smalec, ogórki kiszone i zalewajkę, to nikt nawet nie chciał spróbować. Bo najpierw kazali sobie wytłumaczyć co to jest i jak się to przyrządza, no a z opisu to nic z tych rzeczy nie zabrzmiało apetycznie. Oczywiście to co innego niż mięso, ale świadczy o tym, że to co dla jednych jest normą, nie musi być takie dla innych.
      Ja oczywiście nie bronię takich zwyczajów i takich „przysmaków”. Ale myślę, że one często wynikają z biedy w danym kraju, no i często też z np. ze względów religijnych, np. nie je się mięsa danego zwierzęcia, bo to „święte zwierze” lub „nieczyste zwierzę”.

  • Uwielbiam kuchnię wietnamską! A desery szczególnie, ale wiem, że nie każdemu one podchodzą.

    P.S. Pho bo – to z wołowiną, a Pho ga – z kurczakiem.

    • Iza

      Taki jest efekt robienia wpisów o 3 w nocy. Dzięki Asia, zaraz poprawię.

  • Globfoterka

    Kontrowersyjny tytuł ;). I nie mający odpowiedzi, bo na szczęście nie próbowałaś psiego mięsa i nie jesteś w stanie ocenić jak smakuje. Może bardziej zniechęcić iż zachęcić. Co do jedzenia, to ja też nie mogę czasami nadziwić się jak można jeść w takich warunkach i delektować się np. mięsem, które wisi na 40 stopniowym upale, albo było gotowane w zamoczonym w wiadrze z brudną wodą garnku, ale my jesteśmy inaczej ukształtowani :P. Staram się poza tym nie patrzeć na otoczenie, tylko jeść. A mięsa po prostu unikam :).

    • Iza

      Właściwie nie wiem co mi strzeliło do głowy z tym tytułem.
      A co do patrzenia na otoczenie, gdy na Kubie zobaczyłam jak wygląda hotelowa kuchnia, to jedyny tego plus był taki, że była to końcówka wyjazdu, bo pewnie nic bym do ust nie wzięła. A z tej nieświadomości, nawet raz się źle nie poczułam.

  • Kuchnia Dalekiego Wschodu jest naprawdę smaczna, choć sama nie odważyłabym się spróbować wielu serwowanych tam potraw Psa nie zjadłabym NIGDY i jeśli będę się ta wybierać specjalnie nauczę się znaczków, jakimi oni psy opisują he he. Dla mnie coś strasznego.
    PS. bardzo fajny reportaż uliczny jak widać nie potrzeba mega drogiego sprzętu, żeby zrobić zdjęcia przykuwające uwagę. Brawo!

    • Iza

      Faktycznie, lepiej znać takie oznaczenia. W restauracjach nie spodziewam się przekłamań, ale dlatego „jedzenia z ulicy” nie próbowaliśmy.
      Dziękuję za miłe słowa. Przyznam, że jak oglądam zdjęcia po przyjeździe, to zazwyczaj myślę, mogłam jednak robić aparatem. Tym bardziej, że zawsze go ze sobą mam, nie w walizce na wyjeździe, tylko przy sobie. A później (przy naszym tempie) zwiedzania, najwygodniejsza okazuje się komórka. Tym bardziej, że jakość takich zdjęć jest o wiele lepsza, niż nawet jeszcze 2 lata temu. Ale generalnie, uważam, że komórka mnie rozleniwiła.

      • Mój telefon ma mega dziadowski aparat, więc noszę z sobą plecak ze sprzętem. Bardziej fachowy aparat nabyłam niedawno i widzę zdecydowaną różnicę ale coś za coś lustrzanka i obiektywy swoje ważą, a poza tym my na ogół podróżujemy tylko z bagażami podręcznymi, więc jeden plecak zarezerwowany jest dla aparatu. Ale nie żałuję! Fajne hobby i fajne pamiątki z podróży
        Twój reportaż jest przykuwający uwagę, to zasługa Twoja. Aparat jest tylko narzędziem pozdrawiam!